Po paru dniach spędzonych w Kaliszu, za chwilę znowu wracam do Poznania i wcale mnie to nie cieszy. Spędzę tam jeszcze z przerwami 3 tygodnie. Jutro zaczyna się sesja i ja również mam pierwszy egzamin.
Przedwczoraj był pierwszy mecz mistrzostw: Polska-Grecja, zakończony remisem. Sportowy aspekt mistrzostw za bardzo mnie nie interesuje, ale oglądałem ceremonię otwarcia, która nie była zbyt spektakularna, ale nie była też zła. Po niej, udaliśmy się na rowerze do kaliskiej strefy kibica.
Ostatni mój wpis pochodzi sprzed dwóch tygodni, kiedy to weekend spędzałem w Poznaniu. Dzisiaj też jest niedziela i też siedzę w Poznaniu. Jedna z tego przyczyn jest taka, że dzisiaj zaczynają się szkolenia dla wolontariuszy miast-gospodarzy EURO; potrwają do środy, kiedy w końcu wrócę do domu. Do tego nie są wcale krótkie! Od rana do wieczora.
Nie wiem, czy potem będę mógł pisać cokolwiek na ten temat, bo podobno wolontariuszom zabrania się (!) komunikowania z mediami i wypowiadania publicznie na temat ich pracy. Może będę pisał szyfrem…
W piątek odwiedziłem nowy budynek dworca w Poznaniu, który został wybudowany w ekspresowym tempie. Mogę powiedzieć tyle: nie jest źle. Ale właściwie to nic więcej. Dworzec sam w sobie jest dosyć ładny, choć dokończony jest może w 1⁄5 tego, co ma być dopiero pod koniec 2013 roku. Najgorsze jest jednak to, że póki co rozwiązania komunikacyjne są tam fatalne. Dworzec rozciąga się nad peronami pierwszym, drugim i trzecim. A jak podróżni mają dostać się na czwarty, piąty lub szósty? Z nowego dworca muszą zjechać na peron, gnać kilkaset metrów do przejścia podziemnego, potem starym przejściem przedostać się na swój peron. Strasznie daleko! Poza tym nie jest łatwo wejść do dworca. Na stary dworzec podróżni dostają się z poziomu ulicy Dworcowej, co dla pasażerów, którzy przyjechali tramwajem jest bardzo niewygodne, bo trzeba walizy tachać po schodach (po pokonaniu masy głupich wysepek i przejść dla pieszych). Teraz na Dworcową nie trzeba schodzić, ale za to trzeba przejść większość Mostu Dworcowego, bo wejście jest daleko. Może do 2013 będzie lepiej, ale na razie jest nienadzwyczajnie.
Dwa dni temu byłem w Bydgoszczy – mieście, o które jest stolicą województwa kujawsko-pomorskiego, niezbyt lubi się z Toruniem i o którym można w przewodnikach przeczytać, że jest „rozwijającą się metropolią”. Jechałem tam z obrazem „bydgoskiej Wenecji” i bulwarów nad Brdą w głowie. Gdy z niego wyjeżdżałem, budził jednak we mnie mieszane uczucia.
Metropolia to to raczej nie jest – 400 tys. mieszkańców. Choć miasto sili się na nowoczesność, to niestety jest raczej dosyć prowincjonalne. Nie ma tam tylu ludzi i tyle ruchu co we Wrocławiu czy w Poznaniu. Ale to nie znaczy, że nie jest piękne.
Gdy wysiadłem z pociągu, obraz był dosyć przerażający, ale przerażający obraz przy dworcu kolejowym, to raczej norma polskich miast. Ani w Kaliszu, ani w Poznaniu nie jest lepiej. W kierunku centrum szedłem ulicą Dworcową, która na początku zbyt ładna nie była. Z każdym krokiem robiło się coraz ciekawiej. Centrum, to właściwie skrzyżowanie ulic Dworcowej i Gdańskiej – tam zaczęło mi się podobać. Dalej, było tylko lepiej.
Nieopodal jest Plac Wolności (jak w Poznaniu); idąc w kierunku południowym, zbliżamy się do Brdy. Ulicą Mostowa dochodzi się do Starego Rynku. Na jego środku stoi dosyć paskudny pomnik, ale sama starówka jest bardzo ładna. Największą jednak atrakcją – i słusznie – jest Wyspa Młyńska, czyli prawdziwa „Wenecja”. Warto było się tam wybrać.
Do wakacji pozostało… 56 dni. Przynajmniej do tych moich. Tymczasem teraz dobiega najdłuższy weekend majowy, jaki pamiętam – który trwał właściwie cały tydzień. Jak dla mnie, to mógłby być jeszcze dłuższy. Do końca zajęć pozostał miesiąc. Zajęcia na studiach lubię, ale jeżdżenie do Poznania jest okropnie męczące.
Tydzień temu dostałem wiadomość, która zaczynała się tak:
jesteśmy pod wrażeniem Twojej aplikacji i rozmowy rekrutacyjnej. Dziękujemy za poświęcony czas, zainteresowanie projektem oraz chęć współpracy.
Oznacza to, że zostałem przyjęty do grona wolontariuszy miast-gospodarzy na czas mistrzostw w piłce nożnej. Świetnie! Taka okazja może się nie powtórzyć. Marzyłem o tym, by zostać wolontariuszem na olimpiadę w Londynie, ale nic z tego nie wyszło. Może kiedyś…
Dzisiaj dalej będę się pastwić nad kolejami, ze szczególnym uwzględnieniem Przewozów Regionalnych. A że obraz wart jest tysiąca słów, zamieszczam zdjęcia toalety z pociągu Przewozów Regionalnych, z której miałem wątpliwą przyjemność korzystać.
W ramach ciekawostki: zdjęcia z budowy nowego dworca w Poznaniu.
To będzie dwudziesty ósmy – i pewnie ostatni – wpis w tym roku. Ciekawe, jak mi pójdzie w Nowym Roku. Na deser: zdjęcie z Kalisza:
Ratusz w Kaliszu
W tym roku żadne spektakularne wydarzenia nie miały miejsca, nawet na Krakowskim Przedmieściu 🙂 Dobrze, że przynajmniej pierwszy rok studiów za mną i właściwie, to jestem w połowie drugiego.
Dzisiaj, po godzinie 11 oficjalnie rozpocznie się jesień. Tak więc ja, korzystając z ostatków lata (pół godziny) jeszcze coś napiszę. Trudno dokonywać jakiekolwiek podsumowania lata, bo po co – było ono bardziej niż zwyczajne. Ale lato, to jednak lato – czyli przede wszystkim wolne.
Lato, to dla mnie zawsze czas czytania książek i jeżdżenia na rowerze – w tym roku pod tym względem było gorzej, bo nie odbyłem wielu dalekich rowerowych wypraw, a właściwie to chyba ani jednej; może uda mi się to jeszcze jesienią nadrobić. Ale, gdy jeżdżę na rowerze, to robię też zdjęcia. Często całkiem udane.
W drodze do Żydowa na rowerze
§
Z internetu:
Zapraszam do czytania świetnego wpisu D. Chętkowskiego – blogera „Polityki”, który odkrywa przed laikami kulisy pracy pedagogów. Warto przeczytać jego ostatni wpis dot. tematyki „fekalijnej”.
Ostatnio internetem (szczególnie w Anglii) wstrząsnęła seria zdjęć polskiego fotografa emigracyjnego, który uwiecznił Anglików nie jako panów w surdutach, ale raczej zarzyganych jaskiniowców. (Daily Mail)
Poza tym świetnie się składa, bo jesień, to moja ulubiona pora roku.
W zeszłym tygodniu odbyłem świetną podróż do Pragi. Teraz mogę trochę powspominać, ale w sumie, to nie wiem, czy jest co, bo: 1) Praga zasługuje na to, by każdy zobaczył ją osobiście 2) zwiedzałem „żelazne punkty” jak Stare Miasto, Aleja Paryska czy w końcu Zamek.
Poza tym na uwagę zasługuje również Vyšehrad. Ale najważniejsza myślę, że jest sama atmosfera miasta. Psują ją jedynia tabuny turystów – ale wystarczy zejść z utartego traktu (np. ulicy Karlovej) w pierwszą lepszą przecznicę, gdzie już jest pusto. Podobnie, po godzinie 20.30 na Zamku jest już pusto. Wtedy można sobie spokojnie jechać tramwajem na Hradczany i kontemplować ogrom katedry św. Vita.
Nieziemski widok – katedra św. Vita nocą
Swoją drogą, komunikacja miejska działa w Pradze świetnie (choć nie twierdzę, że w Poznaniu czy Warszawie jest gorsza). Zapraszam do oglądania zdjęć.
W ostatnią sobotę pojechaliśmy na długaśną wycieczkę rowerową do Gołuchowa. Co z tego, że prowadzi do tego miejsca ścieżka rowerową, skoro biegnie ona wzdłuż drogi krajowej, na której ruch jest jak na autostradzie, choć z pewnością autostrada to nie jest. Trzeba więc było jechać trochę na około, po różnorakich wiochach małych i dużych. W jedną stronę – jedzie się ok 70 minut. Czyli dosyć długo. Jak wróciłem, myślałem, że mi kulasy poodpadają.
Skoro byłem na takiej fajnej wycieczce, to chyba lepiej o niej pisać, niż np. o tym, co przeczytałem dzisiaj we „Wprost”, że Kaczyński z Rydzykiem doszczętnie zawłaszczyli już sanktuarium na Jasnej Górze; nie napiszę również o tym, że – jak głoszą plotki krążące po Kaliszu – ma zostać zlikwidowany kościół garnizonowy, a co za tym idzie – ostatni bastion rozsądku w naszej diecezji wpadnie w łapy Napierały.