Silva Rerum

Dziś jest czwartek, 31 lipca 2014 r.
Przyjaciele nie są zainteresowani burzami, jakie przeżywasz, ale chętnie korzystają z twego okrętu. Albert Camus
Zaloguj! Pobierz jako PDF! Wydrukuj!

Julian Tuwim

* * *

Z rękopisów (teczki Muzeum Literatury), pdr.: Dzieła, t. I, cz. 2, str. 286
W rękopisach z Muzeum Literatury
pod autografem notatki:


promieniejące
rozkwitem
na łace
na moją rewizytę...

Zawsze mi sie w życiu szczęściło i szczęści,
Los mi nie pożałował ni darów, ni pieszczot...
... Tylko śnieg pod stopami nigdy mi nie chrzęści,
Ani jesienne liście nie szeleszczą.




Odpowiedź

Biblia Cygańska, Warszawa 1933 (J. Mortkowicz)

Otóż: trzeźwy do domu nie wracam.
Ty mnie zrozum, nie chcę cię zasmucić,
Lecz katorgą jest ta moja praca:
Trzeba upić się, żeby w ogóle WRÓCIĆ.

Bo właściwie — trzeba wyjść i iść dalej,
I dom rzucić, i ciebie odrzucić,
Coraz większych potrzeba oddaleń,
Coraz pewniej nie można WRÓCIĆ.

I dlatego trzeba się upić,
Żeby siebie do szczętu zapomnieć
I dopiero na schodach oprzytomnieć,
Tak na palcach, jak ja wracam, WRÓCIĆ.

Zły wiersz

Siódma jesień, Warszawa 1922, Tow. Wydawnicze "Ignis"; Wiersze, Czytelnik, 1986
St.M.

Nie wiesz o tym. A był deszcz
I błądziłem po ulicy
I szukałem i czekałem
W żrącej, okrutnej tęsknicy.

Nie wiesz o tym. Byłem zły.
I poszedłem pić. I piłem:
Wódkę, koniak, wódkę, koniak,
I wesół, och wesół byłem!

Patrzaj: to jest nędzny wiersz,
Ale zły jest, zły i gniewny,
Bo czekałem, bo szukałem
W wieczór jesienny, ulewny.
4.XI.1915 — Po czterech dniach...

Ja

Czyhanie na Boga, W-wa 1918, Gebethner i Wolff; Wiersze, Czytelnik, W-wa 1986

W czerwcu, o piątej rano,
W różowej, słonecznej stolicy
Idę środkiem najszerszej ulicy,
Idę środkiem najszerszej ulicy!

Jak tam jasno, jak tam daleko
Za tym mostem błyszczącym za rzeką!
Ach, jak jasno i jak daleko!
Mocno mi, pięknie i młodo!

Pójdę mostem nad spokojną wodą,
Potem polem, potem zielonym polem
Pójdę w dal,
Jakby upity czystym, przezroczystym alkoholem.

* * *

Pdr.: "Almanach Biblioteki Polskiej na rok 1925", W-wa 1925 (pod tytułem "Droga")
Słowa we krwi, 1926; Wiersze wybrane 1914-1939, W-wa 1947 (pod tytułem "Zacisnąć pięści")

Zacisnąć pięści, zaciąć zęby,
Spod bruzdy gniewu patrzeć w świat,
Iść pod wysoki, szumny wiatr,
Bijący w twarz, tłukący w świat,
Jak rebeliantów twarde bębny.

Oto samotnych prosta droga:
Wielki, przeciągły wichru huk,
Groźny, szumiący w wichrze Bóg
I burza w chmurach — Jego pięść złowroga.

I ja, i On w odwiecznej męce
Miłością rozsadzamy świat,
W niebie szleją mściwe ręce
I Jego oczu gwiezdny grad.

A jeśli grom — to On, to On
Na dół płonącą runął głową!
A jeśli krzyk — to ja, to ja:
Ludzkiego buntu boże słowo.

Ciemna noc

Rzecz Czarnoleska, Warszawa 1929 (J. Mortkowicz)

Człowieku dźwigający,
Usiądź ze mną.
Pomilczymy, popatrzymy
W tę noc ciemną.

Zdejmij z siebie
Kufer dębowy
I odpocznij.
W ciemną noc wlepimy razem
Ludzkie oczy.

Mówić trudno. Nosza ciężka.
Chleb kamienny.
Mówić na nic. Dwa kamienie
W nocy ciemnej.

Śmierć

Czyhanie na Boga, W-wa 1918, Gebethner i Wolff; Wiersze, Czytelnik, 1986

Przyniósł jej kwiaty o jesieni,
 (Mój Boże...)
Tuberozy przyniósł jej śmiertelne.

I byli w miłość zapatrzeni,
 (Mój Boże...)
W jakieś wielkie szczęście niepodzielne.

Mówiła: Zostań, zostań ze mną,
 (Mój Boże...)
Będę twoją w tę noc, mój jedyny!

Będziemy sami nocą ciemną,
 (Mój Boże...)
Będą dzisiaj nasze zaślubiny...

Zamknę drzwi, nie będzie słychać,
 (Mój Boże...)
Że tu jest mój miły Narzeczony...

A gdy poszła drzwi zamykać,
 (Mój Boże...)
Ktoś je mocno szarpnął z drugiej strony.

* * *

Treść gorejąca, Warszawa 1936 (J. Mortkowicz)

Z okruszynami młodości — co robić? Rozrzucić ptakom?
Można i ptakom rozrzucić, można i w słowa powkładać.
Odfruną, uradowane, żeby po nowe powrócić,
Wrócą — i słowa, i ptaki — nadzieją skrzydlate jednako.

A co im powiesz? Że nie ma! Że nie ma! powiesz biedakom.
Uwierzą ? Nie, nie uwierzą. Do późnej, pochmurnej nocy
Będą za oknem czekać, skrzydłami w szyby uderzą
I padną, martwe i wierne. Ptaki i słowa, jednako.

Zapach szczęścia

Rzecz czarnoleska, Warszawa 1929 (J. Mortkowicz)

Wtedy palona kawą pachniało w kredensie,
A zimne, świeże mleko, jak lody, wanilią.
Kiedy się, mrużąc oczy, orzeszynę trzęsie,
Po gałęziach w olśnieniu pędzi liści milion.

Żywiołem zachłyśnięty, zziajany w rozpędzie,
Ileś pokrzyw posiekał, ile traw stratował!
A kijem obtłukując szyszki i żołędzie

Ileżeś mil po drzewach małpio przecwałował!

I wszystko to w ognistej pamięci dziś błyska.
Ciska się małe, szybkie, gorąco, daleko...
I szczęście pachnie kawą. I chłoniesz je z bliska.
A chłód w pokoju sączy waniliowe mleko.

Ostry erotyk

Siódma jesień, Warszawa 1922, tow. Wydawnicze "Ignis"; Wiersze, Czytelnik, 1986

Składałem ci wizyty,
Okrutnie niezdobytej,
Nerwowo, gorączkowo
Bredziłem chorą mową,
Wierszami cię męczyłem,
Łamałem każde słowo,
Do krwi je w zębach gryzłem,
Dawałem rozgryzione,
Zgniecione, rozkrwawione,
Przebite każdym zmysłem:
"Patrz!"

Składałem ci wizyty,
Nieznanej, głuchej, skrytej,
Słuchały meble święte
Tyrady niepojętej,
Tyrańskiej i cierniowej,
Gwałtownej, rozedrganej.

Słuchały mojej mowy
O ustach, piersiach, szczęściu —
Nierozdrapane ściany,
Nieposzarpane łóżko,
Nierozwalony pięścią
Stół.

Tęsknotą dziś przeszyty,
Tu przy samotnym stole,
Schwytany w widm niewolę,
Na tysiąc dni rozbity,
Gromadzę te wizyty
W kłąb jeden opętany.
W nerw jeden — wszystkie rany,
Ach, dzisiaj już szczęśliwy,
Ach, dzisiaj już kochany,
Daleki i pijany
Mąż.

Exegi monumentum...

Pdr.: "Gazeta Polska" 1935, nr 90.; Treść gorejąca, 1936 (podtytuł tomu: "Pamięci Ojca")

Smutek mnie obrósł kamieniem
I trwam, wspaniale żałobny.
Kto ja jestem? Kamień nadgrobny
Z wyrytym Twoim imieniem.

Pośród dnia

Rzecz Czarnoleska, Warszawa 1929 (J. Mortkowicz)

Nie dziw się memu smutkowi,
Pośród dnia jak na pustyni stoję,
O każdą chwilę się niepokoję,
O każdą myśl: czy też się wysłowi?

Przecież słyszysz, że ciągle wołam
I krzyk mój w pustkowiu ginie.
Bóg mnie, jak tylu innych, ominie
I, jak oni, życiu nie podołam.

Rzuci mnie na ziemię zdyszanego,
Zdziczałego od modlitw bez echa,
I na próchno moje — też pociecha! —
Runie słupem ognia słonecznego.

Los

Siódma jesień, Warszawa 1922, Tow. Wydawnicze "Ignis"
Mojej St.

Taki to już los mój będzie,
Takie to już miłowanie:
Przywitanie, pożegnanie,
Pożegnanie, wspominanie...
Oczy twoje widzę wszędzie,
Oczy twoje mnie całują,
Z dali, a dali mnie miłują,
Nie przychodzą na wzywanie,
Jeno błyszczą, jak w legendzie,
W dali, w dali, zewsząd, wszędzie,
— Taki to już los mój będzie,
Takie to już miłowanie:
Przywitanie... pożegnanie...
(7 X 1915)

Ty

Siódma jesień, Warszawa 1922, Tow. Wydawnicze "Ignis"

Ty trzymasz mnie na ziemi,
Ty wznosisz mnie do nieba,
Tyś jest mi tutaj wszystkim,
Po co aż tam iść trzeba.

O Tobie wiem jedynie
I tylko Ciebie umiem.
Na świat machnąłem ręką:
I tak nic nie rozumiem!

Co krok — to nowa droga,
Co myśl — to otchłań wrząca.
Ty jedna odpowiadasz,
Mówiąca czy milcząca.

Krwi słucham twego serca,
Bijącej w białej piersi
I trwam miłością błędną
W tym życiu, pełnym śmierci.

Zmęczenie

Rzecz Czarnoleska, Warszawa 1929 (J. Mortkowicz)

Zapomnisz o tej chwili, gdy do domu wrócisz
I przymkniesz okiennice w sosnowym pokoju.
Zmęczony, jakbyś orał, na łóżko się rzucisz
I będziesz w cieniu drzemał po blasku i znoju.

Przez serce w okiennicy wpadnie promyk wąski,
Na ciemnej fotografii rozszczepi się w tęczę.
Spostrzeżesz przytrzaśnięte przez okno gałązki,
Włochaty bąk natrętnie do snu ci zabrzęczy.

I oddasz się ciężkiemu uśpieniu w niewolę
Pod tumanem dzieciństwa, co w oczy napłynie,
A tam łubinem wonnym szaleć będzie pole
I niebo obłokami pluskać się w głębinie.

Chrystusie...

Czyhanie na Boga, W-wa 1918, Gebethner i Wolff; Wiersze, Czytelnik, 1986
W rękopisach ze zbiorów Józefa Brodzkiego
(Biblioteka UW) wiersz ten nosi tytuł

"Jeszcze się kiedyś..."

Jeszcze się kiedyś rozsmucę,
Jeszcze do Ciebie powrócę,
Chrystusie...

Jeszcze tak strasznie zapłaczę,
Że przez łzy Ciebie zobaczę,
Chrystusie...


I taką wielką żałobą
Będę się żalił przed Tobą,
Chrystusie...

Że duch mój przed Tobą klęknie
I wtedy — serce mi pęknie,
Chrystusie...

Przypomnienie

Pdr.: "Nowy Kurier Łódzki" 1915, nr 332, dod. "Dział Literacki"
Siódma jesień, Warszawa 1922, Tow. Wydawnicze "Ignis"

Miałem słoneczny gościniec
I biały, cudny dom...
Smutno jest sercu mojemu,
Smutno jest moim snom...

I było okno w mym domu
Za dawnych, dobrych lat,
Patrzałem sobie, patrzałem
W daleki, cichy świat...

Może tam byłem dzień jeden,
A może cały wiek...
Wiem tylko, że kiedyś rano
Bieluchny opadł śnieg.

I śnieżnie, biało, dziecinnie
W słońcu się śmiał mój dom!
Smutno jest sercu mojemu
I dawnym, białym snom...

Życie moje

Sokrates tańczący, Warszawa 1920 (J. Mortkowicz)

Krwi, snów, mknień, żądz,
Gór, chmur, drżeń, zórz,
Łez, chwil, róż, słońc,
Łkań, gwiazd, gróz, mórz — —!
 O, życie moje!
 O, życie moje!
Bierz, gub, trwoń, trać,
W lot, w śmiech, w gniew, w szał!
Żyć! śnić! drżeć! łkać!
Mknij, leć, pędź, w cwał!
 O — życie moje!!
 O — życie moje!!
Ból? Śmierć? Tak, tak!
Wiem, wiem: czar złud!
Nic, nic! Dzień — ptak!
W pęd! w lot! w wir! w cud!
 O, życie, życie moje!

Powiedzieć Ci nie mogę...

Siódma jesień, Warszawa 1922, Tow. Wydawnicze "Ignis"
W rękopisach z Muzeum Literatury
po wersie szóstym dodatkowy dwuwers:


Nie pytaj, moja miła... to słowa, które płaczą...
To takie moje słowa, co nigdy nic nie znaczą...
St.M.

Powiedzieć Ci nie mogę, jaki to żal bezbrzeżny:
Dzień dzisiaj taki biały i tak bardzo śnieżny...

Powiedzieć Ci nie mogę, jak mi ogromnie smutno:
Ale ty pewnie nie wiesz, co znaczy słowo "smutno".

Ach, pewno nie wiesz także, co znaczy "żal bezbrzeżny",
To nic... to nic nie znaczy... Dzień taki cichy, śnieżny.

To takie moje słowa, co Ciebie mi zabrały...
A może i przyniosły... Dzień cichy dzisiaj, biały.
21.XII.1913

Pogrzeb

Czyhanie na Boga, W-wa 1918, Gebethner i Wolff; Wiersze, Czytelnik, 1986
W rękopisie ze zbiorów Józefa Brodzkiego
(Biblioteka UW) po w. 5 dodatkowy wers:


Dawali jakieś znaki,

Świeciła mdło naftowa lampka,
Wynieśli na czarne schody,
Na czarne schody drewniane,
Szli, szli, schodzili,
Szeptali coś, mówili,
Schylali głowy,
Głowami kiwali,
Szli, szli, schodzili,
Śnieg padał, mokro było,
Ręce załamywali.

Kamienice

Pdr.: "Wiadomości Literackie", 1923, nr 3, str. 1; Biblia cygańska, 1933; Wiersze, Czytelnik, W-wa 1986
W Biblii cygańskiej oraz "Wiadomościach Literackich"
wers 29. ma postać:


"stoją pod drzwiami"

Dom jak więzienie,
Kamienna twierdza,
Ludzie codziennie
Na siódme piętra
Dźwigają serca.

Odpoczywają
I wyżej idą,
I liczą stopnie.
Stają przy oknie
I na podwórze
Patrzą samotnie:
Dno uwięzione
W kamiennej rurze,
Tunel stojący
Sztorcem ku górze,
Tunel przebity
W żałobnym murze.

Palą zapałki,
Czytają kartki
Na drzwiach przybite.
Jeszcze nie tutaj!
Niosą i niosą
Schylone karki,
Ręce wiszące,
Serca walące,
Zdyszane płuca.

Przynieśli serca,
Przynieśli ręce,
Stają pod drzwiami;
Ciężko zdyszani
Czytają z ulgą
Znane nazwisko.
A w piersi bulgot,
Bulgot otchłani.
(A w tej otchłani
Zamknięte nisko
Między murami
Szare kolisko:
Przyziemne, szczurze,
Ciemne podwórze).

Już noc w łachmanach
Na dachach siada,
Ciemne gałgany
Gnuśnie rozkłada.
Idą do okien,
Patrzą ku górze:
Oto powoli
Z niebios opada,
Tunel zamyka
Drugie podwórze.

Piosenka

Siódma jesień, Warszawa 1922, Tow. Wydawnicze "Ignis"

Zadumy moje ciche, zadumy młodej skroni,
Powiedzcie jej, powiedzcie, że nie pamiętam o niej...
... Powiedzcie jej, powiedzcie, że bardzo tęsknię do niej.

Westchnienia me, westchnienia, popłyńcie tam gdzie ona,
Powiedzcie jej, powiedzcie, że nie wiem już, kto ona...
... Powiedzcie jej, powiedzcie, że serce z żalu kona.
1912

A jak sobie wieczorem...

Czyhanie na Boga, W-wa 1918, Gebethner i Wolff; Wiersze, Czytelnik, 1986

A jak sobie wieczorem po ulicy chodzę,
Z podniesionym kołnierzem przy wytartym palcie,
Jak wiem, że nie masz celu mej codziennej drodze,
Chyba: podeszwy zdzierać na szorstkim asfalcie;

Jak sobie naprzód idę, młody i wspaniały,
Jak wsadzę do kieszeni twarde, suche pięście,
— To, jakbym brzemię dźwigał, przewalam się cały:
We mnie to się przelewa me pijane szczęście!

* * *

Czyhanie na Boga, W-wa 1918, Gebethner i Wolff; Wiersze, Czytelnik, 1986

Życie? — — —
 Rozprężę szeroko ramiona,
 Nabiorę w płuca porannego wiewu,
 W ziemię się skłonię błękitnemu niebu
 I krzyknę, radośnie krzyknę:
 — Jakie to szczęście, ze krew jest czerwona!

Wiersz o umarłej nadziei

Rzecz czarnoleska, Warszawa 1929 (J. Mortkowicz)

Na rogu przy skrzynce pocztowej
Posłaniec stał, biedny staruszek.
Od rana nie miał początku,
Trzech kroków od skrzynki nie uszedł.

Zbliżałem się z paczką i listem,
A on się modlił, żebym nie zboczył,
Bo srebrną, okrągłą złotówką
Nadzieja zaczęła się toczyć.

Już uśmiechnął się. Już rękawem
Wytarł nos oszroniony.
Bo szedłem prosto, prościutko
Do staruszka przy skrzynce czerwonej.

A kiedy przy nim stanąłem,
zachłysnął się sercem biednem!
Lecz list wrzuciłem do skrzynki,
A z paczką dalej poszedłem.

I patrzał za mną staruszek
Wielkim spojrzeniem szklistem,
I wrzucił umarłą nadzieję
Do skrzynki za moim listem.

Ojciec

Pdr.: "Nowa Kultura" 1954, nr 23, str. 1; z rękopisów (teczka 51 w Muzeum Literatury); Poezje wybrane, 1977

Myślałem kiedyś, że potrafię
Dąć tobie wieczność modlitwami,
I tak cię jakoś przysposobić,
Byś wieczną starość miał — szczęśliwą.
Dziś — wszystko, co syn może zrobić,
To spojrzeć, westchnąć — i na ścianie
Poprawić twoją fotografię,
Gdy wisi krzywo.
16. III. 1943

Na balkonie

Siódma jesień, Warszawa 1922, tow. Wydawnicze "Ignis"

Stoję na balkonie,
Załamałem dłonie
I w kwietniowym niebie
Szary wzrok mój tonie.

Bzy mi zapachniały,
Żale mnie owiały,
Twarz mi ojedwabia
Wiew znieruchomiały.

Zmierzch się wiewem żali,
Żeśmy się rozstali,
Przymkniętymi oczy
Widzę ciebie w dali:

Stoisz na balkonie,
Załamałaś dłonie
I w kwietniowym niebie
Modry wzrok twój tonie.

O chorym synku

Sokrates tańczący, Warszawa 1920 (J. Mortkowicz); Wiersze, Czytelnik, 1986

Płakała nad nim matka
I płakał ojciec stroskany:
— Ach, nie opuszczajże nas,
Syneczku nasz kochany!

Załamywali dłonie,
Płakali trzy godziny:
— Podporo naszej starości,
Syneczku nasz jedyny.

A synek bredził strasznie
O morzu z okrętami
A ci błagali, szlochali:
— Ach, zlituj się nad nami!

Ale nic nie pomogło,
Wciąż bredził strasznie i cudnie,
Aż umarł synek maleńki,
Umarł w samo południe.

Ach, nic pomóc nie mogło!

Upadli, krzycząc, na łóżko!
(Zbyt smutno było na świecie
Na jedno mało serduszko.)

* * *

Pdr.: Dzieła, t. I, cz. 2, str. 283; z rękopisów (teczki Muzeum Literatury), Poezje wybrane, 1977

Ja do ciebie nie mogę, nie mogę...
Przyjdź ty, lesie, do mnie, do kaleki.
Lub choć jedno drzewo wyślij w drogę,
Inowłodzki lesie daleki!

To, pod którym chwyciłem w objęcia
Szczęście, szczęście, inowłodzki lesie!
To, na którym — ze szczęścia, ze szczęścia! —
Wtedym się zawczasu nie powiesił.
29 XI 52

Inne

Rzecz czarnoleska, Warszawa 1929 (J. Mortkowicz)

Zawsze, gdy na mnie spojrzysz,
Wiedz:
Że jestem smutny nie dlatego
(Dla czegokolwiek
O czym pomyśleć możesz),
Ale dla czegoś innego,
Dalekiego,
Czym ty się nigdy nie trwożysz.

Umrę ci kiedyś.
Oczy mi zamkniesz.
I wtedy — swoje
Smutne, zdziwione,
Bardzo otworzysz.
Julian Tuwim

Julian Tuwim (1894-1953)

Polski poeta. W latach 1916-1919 współpracownik czasopisma studenckiego Pro arte et studio. W 1918 współzałożyciel kabaretu literackiego Pod Picadorem, w 1920 - grupy poetyckiej Skamander. Współpracownik i kierownik literacki kabaretów warszawskich, m.in. Qui pro Quo (1919-1932). Od 1924 stały współpracownik tygodnika Wiadomości Literackie, gdzie redagował rubrykę Camera obscura, a także pism satyrycznych: Cyrulik Warszawski (1926-1933) i Szpilki (1936-1939).

W 1939 przedostał się przez Rumunię do Francji, a po jej upadku wyjechał do Portugalii, następnie do Brazylii i Nowego Jorku. W latach 1939-1941 współpracował z emigracyjnym tygodnikiem konserwatywnym Wiadomości Polskie, Polityczne i Kulturalne, w 1942-1946 zwydawanym w Londynie pod redakcją A. Słonimskiego lewicującym miesięcznikiem Nowa Polska. Opowiedział się za porozumieniem Polski z ZSRR. Atakowany przez koła emigracji polskiej, w 1946 wrócił do kraju. W 1947-1950 kierownik artystyczny Teatru Nowego w Warszawie.

Debiutował w 1913 wierszem ProśbaKurierze Warszawskim. Rozgłos przyniosły mu już pierwsze zbiory poetyckie: Czyhanie na Boga (1918), Sokrates tańczący (1920), Siódma jesień (1922), Wierszy tom czwarty (1923), w których zrywał z dekadenckim nastrojem i językiem Młodej Polski, zwracając się w duchu optymizmu ku codziennemu życiu i jego współczesnym przemianom.

W następnych zbiorach: Słowa we krwi (1926), Rzecz czarnoleska (1929), Biblia cygańska (1933), Treść gorejąca (1936) pojawiły się ostre akcenty krytyki społecznej i egzystencjalny niepokój, a także tendencje liberalne, pacyfistyczne, antynacjonalistyczne i antyfaszystowskie. W tym okresie powstał głośny poemat satyryczny Bal w Operze (1936, wydany w 1946) i zbiór satyr Jarmark rymów (1934).

W latach II wojny światowej pisał Tuwim wielki poemat liryczno-epicki Kwiaty polskie (wydany w 1949), nawiązujący do romantycznego poematu dygresyjnego. Po przyjeździe do Polski stworzył niewiele wierszy, głównie o charakterze publicystycznym.

Zbieracz ciekawostek i osobliwości literackich oraz folklorystycznych ihistorycznych, np.: Czary i czarty polskie oraz Wypisy czarnoksięskie (1923), Polski słownik pijackiAntologia bachiczna (1935), Cicer cum caule, czyli Groch z kapustą (tom 1-3, 1958-1963), Pegaz dęba, czyli panopticum poetyckie (1950).

Uważany za jednego z najwybitniejszych i najbardziej popularnych poetów polskich XX w. Wybór wierszy (Nowy Jork 1942), Wybór poezji 1914-1939 (1947), Dzieła (tom 1-5, 1955-1964), Wiersze wybrane w serii Biblioteki Narodowej (1969), Wiersze zebrane (tom 1-2, 1975), Poezje wybrane (1977).


blog comments powered by Disqus