Silva Rerum

Dziś jest niedziela, 5 lutego 2012 r.
Przyjaciół można mieć o każdym czasie. Pod warunkiem, że się ich nie potrzebuje. Winston Churchil
Zaloguj! Pobierz jako PDF! Wydrukuj!

Juliusz Słowacki

Rozłączenie


Rozłączeni — lecz jedno o drugim pamięta;
Pomiędzy nami lata biały gołąb smutku
I nosi ciągłe wieści. Wiem, kiedy w ogródku,
Wiem, kiedy płaczesz w cichej komnacie zamknięta;

Wiem, o jakiej godzinie wraca bolu fala,
Wiem, jaka ci rozmowa ludzi łzę wyciska.
Tyś mi widna jak gwiazda, co się tam zapala
I łzą różową leje, i skrą siną błyska.

A choć mi teraz ciebie oczyma nie dostać,
Znając twój dom — i drzewa ogrodu, i kwiaty,
Wiem, gdzie malować myślą twe oczy i postać,
Między jakimi drzewy szukać białej szaty.

Ale ty próżno będziesz krajobrazy tworzyć,
Osrebrzać je księżycem i promienić świtem:
Nie wiesz, że trzeba niebo zwalić i położyć
Pod oknami i nazwać jeziora błękitem.

Potem jezioro z niebem dzielić na połowę,
W dzień zasłoną gór jasnych, w nocy skał szafirem;
Nie wiesz, jak włosem deszczu skałom wieńczyć głowę
Jak je widzieć w księżycu odkreślone kirem.

Nie wiesz, nad jaką górą wschodzi ta perełka,
Którąm wybrał dla ciebie za gwiazdeczkę-stróża;
Nie wiesz, że gdzieś daleko, aż u gór podnóża,
Za jeziorem — dojrzałem dwa z okien światełka.

Przywykłem do nich, kocham te gwiazdy jeziora,
Ciemne mgłą oddalenia, od gwiazd nieba krwawsze;
Dziś je widzę, widziałem zapalone wczora,
Zawsze mi świecą — smutno i blado — lecz zawsze...

A ty — wiecznie zgasłaś nad biednym tułaczem;
Lecz choć się nigdy, nigdzie połączyć nie mamy,
Zamilkniemy na chwilę i znów się wołamy,
Jak dwa smutne słowiki, co się wabią płaczem...
Nad jeziorem Lenian, d. 20 lipca 1835 r.

Testament mój


Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami,
 Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny,
Dziś was rzucam i dalej idę w cień — z duchami —
 A jak gdyby tu szczęście było — idę smętny.

Nie zostawiłem tutaj żadnego dziedzica
 Ani dla mojej lutni, ani dla imienia; —
Imię moje tak przeszło jako błyskawica
 I będzie jak dźwięk pusty trwać przez pokolenia.

Lecz wy, coście mnie znali, w podaniach przekażcie,
 Żem dla ojczyzny sterał moje lata młode;
A póki okręt walczył — siedziałem na maszcie,
 A gdy tonął — z okrętem poszedłem pod wodę...

Ale kiedyś o smętnych losach zadumany
 Mojej biednej ojczyzny — przyzna, kto szlachetny,
Że płaszcz na moim duchu był nie wyżebrany,
 Lecz świetnościami dawnych moich przodków świetny.

Niech przyjaciele moi się zgromadzą
 I biedne serce moje spalą w aloesie,
I tej, która mi dała to serce, oddadzą —
 Tak się matkom wypłaca świat, gdy proch odniesie...

Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
 I zapiją mój pogrzeb — oraz własną biedę:
Jeśli będę duchem, to się im pokażę,
 Jeśli Bóg [mię] uwolni od męki — nie przyjdę...

Lecz zaklinam — niech żywi nie tracą nadziei
 I przed narodem niosą oświaty kaganiec;
A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,
 Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!...

Co do mnie — ja zostawiam maleńką tu drużbę
 Tych, co mogli pokochać serce moje dumne;
Znać, że srogą spełniłem, twardą bożą służbę
 I zgodziłem się tu mieć — niepłakaną trumnę.

Kto drugi tak bez świata oklasków się zgodzi
 Iść... taką obojętność, jak ja, mieć dla świata?
Być sternikiem duchami napełnionej łodzi,
 I tak cicho odlecieć, jak duch, gdy odlata?

Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,
 Co mi, żywemu, na nic... tylko czoło zdobi;

Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,

 Aż was, zjadacze chleba — w aniołów przerobi.

Do Matki


Zadrży ci nieraz serce, miła matko moja,
 Widząc powracających i ułaskawionych,
Kląć będziesz, że tak twarda była na mnie zbroja
 I tak wielkie wytrwanie w zamiarach szalonych.

Wiem, żebym ci wróceniem moim lat przysporzył; —
 Mów, kiedy cię spytają, czy twój syn powraca,
Że syn twój na sztandarach jak pies się położył
 I choć wołasz, nie idzie — oczy tylko zwraca.

Oczy zwraca ku tobie... więcej nic nie może,
 Tylko spojrzeniem tobie smutek swój tłumaczy;
Lecz woli konający — nie iść na obrożę,
 Lecz woli zamiast hańby — choć czarę rozpaczy!

Przebaczże mu, o moja ty piastunko droga,
 Że się tak zaprzepaścił i tak zaczeluścił;
Przebacz... bo gdyby nie to, że opuścić Boga
 Trzeba by — to by ciebie pewno nie opuścił.

Do Matki


W ciemnościach postać mi stoi matczyna,
Niby idąca ku tęczowej bramie —
Jej odwrócona twarz patrzy przez ramię,
I w oczach widać, że patrzy na syna.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Hymn

Dzisiaj, na wielkim morzu obłąkany...

Smutno mi, Boże! – Dla mnie na zachodzie
Rozlałeś tęczę blasków promienistą;
Przede mną gasisz w lazurowej wodzie
 Gwiazdę ognistą...
Choć mi tak niebo Ty złocisz i morze,
 Smutno mi, Boże!

Jak puste kłosy z podniesioną głową
Stoję rozkoszy próżen i dosytu...
Dla obcych ludzi mam twarz jednakową,
 Ciszę błękitu.
Ale przed Tobą głąb serca otworzę,
 Smutno mi, Boże!

Jako na matki odejście się żali
Mała dziecina, tak ja płaczu bliski,
Patrząc na słońce, co mi rzuca z fali
 Ostatnie błyski...
Choć wiem, że jutro błyśnie nowe zorze,
 Smutno mi, Boże!

Dzisiaj, na wielkim morzu obłąkany,
Sto mil od brzegu i sto mil przed brzegiem,
Widziałem lotne w powietrzu bociany
 Długim szeregiem.
Żem je znał kiedyś na polskim ugorze,
 Smutno mi, Boże!

Żem często dumał nad mogiłą ludzi,

Żem prawie nie znał rodzinnego domu,
Żem był jak pielgrzym, co się w drodze trudzi
 Przy blaskach gromu,
Że nie wiem, gdzie się w mogiłę położę,
 Smutno mi, Boże!

Ty będziesz widział moje białe kości
W straż nie oddane kolumnowym czołom;
Alem jest jako człowiek, co zazdrości
 Mogił popiołom...
Więc że mieć będę niespokojne łoże,
 Smutno mi, Boże!

Kazano w kraju niewinnej dziecinie
Modlić się za mnie co dzień... a ja przecie
Wiem, że mój okręt nie do kraju płynie,
 Płynąc po świecie...
Więc, że modlitwa dziecka nic nie może,
 Smutno mi, Boże!

Na tęczę blasków, którą tak ogromnie
Anieli twoi w niebie rozpostarli,
Nowi gdzieś ludzie w sto lat będą po mnie
 Patrzący – marli.
Nim się przed moją nicością ukorzę,
 Smutno mi, Boże!
Pisałem o zachodzie słońca na morzu przed Aleksandrią.
19 października 1836 r.

Pogrzeb kapitana Meyznera


Wzięliśmy biedną trumnę ze szpitalu,
Do żebrackiego mieli rzucić dołu;
Ani łzy jednej matczynego żalu,
Ani grobowca nad garstką popiołu! 
Wczora był pełny młodości i siły – 
Jutro nie będzie nawet – i mogiły.

Gdyby przynajmniej przy rycerskiej śpiewce 
Karabin jemu pod głowę żołnierski!
Ten sam karabin, w którym na panewce
Kurzy się jeszcze wystrzał belwederski, 
Gdyby miecz w sercu lub śmiertelna kula –
Lecz nie! – szpitalne łoże i koszula!

Czy on pomyślał – tej nocy błękitów,
Gdy Polska cała w twardej zbroi szczękła, 
Gdy leżał smętny w trumnie Karmelitów,
A trumna w chwili zmartwychwstalnej pękła. 
Gdy swój karabin przyciskał do łona ––
Czy on pomyślał wtenczas, że tak skona?!

Dziś przyszedł chciwy jałmużny odźwierny
I przyszły wiedmy, które trupów strzegą,
I otworzyli nam dom miłosierny,
I rzekli: «Brata poznajcie waszego!
Czy ten sam, który wczora się po świecie
Kołatał z wami? – Czy go poznajecie?»

I płachtę z głowy mu szpitalną zdjęto,
Nożem pośmiertnych rzeźników czerwoną;
Źrennicę trzymał na blask odemkniętą,
Ale od braci miał twarz odwróconą;
Więceśmy rzekli wiedmom, by zawarły
Trumnę, bo to jest nasz brat – ten umarły.

I przeraziła nas wszystkich ta nędza,
A jeden z młodszych spytał: «Gdzież go złożą?»
Odpowiedziała mu szpitalna jędza:
«W święconej ziemi, gdzie przez miłość bożą
Kładziemy poczet nasz umarłych tłumny,
W jeden ogromny dół – na trumnach trumny».

Więc ów młodzieniec, męki czując szczere,
Wydobył złoty jeden pieniądz drobny
I rzekł: «Zaśpiewać nad nim Miserere,
Niechaj ogródek ma i krzyż osobny...»
Zamilkł: a myśmy pochylili głowy,
Łzy i grosz sypiąc na talerz cynowy.

Niech ma ogródek – i niech się przed Panem
Pochwali tym, co krzyż na grobie gada:
Że był w dziewiątym pułku kapitanem,
Że go słuchała rycerzy gromada,
A dziś ojczyźnie jest niczym nie dłużny,
Chociaż osobny ma kurhan – z jałmużny.

Ale Ty, Boże! który z wysokości
Strzały Twe rzucasz na kraju obrońce, 
Błagamy Ciebie przez tę garstkę kości,
Zapal przynajmniej na śmierć naszą – słońce! 
Niechaj dzień wyjdzie z jasnej niebios bramy, 
Niechaj nas przecie widzą – gdy konamy!
Paryż, d. 30 października 1841 r.

Uspokojenie

[Ujęcie późniejsze]
Kolumna Zygmunta na starej pocztówce...

Co nam zdrady! – jest u nas kolumna w Warszawie,
Na której usiadają podróżne żurawie
Spotkawszy jej liściane czoło wśród obłoka,
Taka zapraszająca i taka wysoka.
Za tą kolumną, we mgły tęczowe ubrana,
Stoi trójca świecących wież Świętego Jana;
Dalej ciemna ulica, a z niej jakieś szare
Wygląda w perspektywie siwej Miasto Stare;
A dalej we mgle, która na rynku się mroczy,
Dwa okna – jak zielone Kilińskiego oczy
Uderzone płomieniem ognistej latarni,
Niby oczy cichego upiora spod darni.

*


Więc lada dzień, a nędza sprężyny dociśnie:
To naprzód tam na rynku para oczu błyśnie
I spojrzy w Świętojańską na przestrzał ulicę –
A potem się poruszą matki–kamienice,
A za kamienicami przez niebios otchłanie
Przyjdzie zorza północna i nad miastem stanie;
A za zorzą wiatr dziwne miotający blaski
Porwie te wszystkie zemsty i te wszystkie wrzaski,
Wicher jakiś z aniołów rozigrany Pańskich,
Oderwany jak skrzydło z widzeń Świętojańskich,
Przezroczysty jak brylant, a jak ogień złoty,
Który porwie te zemsty, te światła, te grzmoty,
Zwinie i nimi ciemną ulicę zalęże,
Jako brąz w niej zakipi, zaświśnie jak węże
I naprze tak, że będzie trzęsąca się cała,
Jako wół sycylijski na miasto ryczała.

*


A miasto co? – Słuchając z wyciągniętą szyją
Powie: że tam się ciemni aniołowie biją,
Że tam szatan ogniste przywoławszy moce
Koń swój brązowy ciska i piorun gruchoce,
Że jako Machabeusz pod zwalonym słoniem
Tak szewcy pod piorunem padają i koniem
Zgruchotani... że księżyc na niebie odkryty
Pokaże tę ulicę pustą, lud wybity,
Piorun zagasły, walkę okropnie skończoną,
Ulicę całą ciemną i krwią zadymioną.

*


A wtem jeden z tych wrzasków, od których natura
Cofa się – jedno vivat szewieckie i hura,
Jeden z tych krzyków, które czynią, że skrzydlata
Natura ducha w piersiach tak jak ptaszek lata,
Że duch na ustach staje i już nie jest zdolny,
Ażeby śmiech powstrzymać lub płacz mimowolny;
Jeden z tych krzyków, któren wstąpiwszy w człowieka
Tak śpiewa w nim jak anioł i jak szatan szczeka;
Jeden z tych krzyków... z szumem gwałtownym, nawalnym
Uderzy, na kościele pęknie katedralnym,
Pójdzie dalej, lecz skrzydłem o kościół otarty,
Kamienie w nim wrzeszczące zostawi jak czarty
I szklanne inne głosy, które zmartwychwstanie
Zapieją, jak anioły związane w organie.

*


Jeszcze się ta harmonia nie zakończy senna,
A już kolumna z placu, jak struna kamienna
Tym samym wichrem tarta, z rozwahanym czołem,
Prym weźmie przed choralnie jęczącym kościołem
I odtąd te dwa głosy już bez odpoczynku
Będą miastu głosiły lud idący z Rynku.
Jeśliż ma ta ulica taką ciasną szyję,
Że z niej by słowo wiało, to jak z działa bije;
Jeśliż lada noc, a z niej wystrzeli powstanie
I w proch tego rozerwie, kto na rychcie stanie;
Jeśliż w niej wiatr jest taki, że śród nocnych cieni
Muzykę niewidzialną wyrywa z kamieni,
A kolumny na swoje muzykanty stroi:
To człowiek, który zawsze o zdradę się boi
I wszędzie widzi tylko postrachu upiory,
Albo dzieckiem być musi, lub na serce chory.

Sowiński w okopach Woli

Fragment obrazu Wojciecha Kossaka — Sowiński na szańcach Woli

W starym kościółku na Woli
Został jenerał Sowiński,
Starzec o drewnianej nodze,
I wrogom się broni szpadą;
A wokoło leżą wodze
Batalionów i żołnierze,
I potrzaskane armaty,
I gwery: wszystko stracone!

Jenerał się poddać nie chce,
Ale się staruszek broni
Oparłszy się na ołtarzu,
Na białym bożym obrusie,
I tam łokieć położywszy,
Kędy zwykle mszały kładą,
Na lewej ołtarza stronie,
Gdzie ksiądz Ewangelią czyta.

I wpadają adiutanty,
Adiutanty Paszkiewicza,
I proszą go: «Jenerale,
Poddaj się... nie giń tak marnie».
Na kolana przed nim padli,
Jak ojca własnego proszą:
«Oddaj szpadę, Jenerale,
Marszałek sam przyjdzie po nią...»

«Nie poddam się wam, panowie –
Rzecze spokojnie staruszek –
Ani wam, ni marszałkowi
Szpady tej nie oddam w ręce,
Choćby sam car przyszedł po nią,
To stary – nie oddam szpady,
Lecz się szpadą bronić będę,
Póki serce we mnie bije.

«Choćby nie było na świecie
Jednego już nawet Polaka,
To ja jeszcze zginąć muszę
Za miłą moją ojczyznę,
I za ojców moich duszę
Muszę zginąć... na okopach,
Broniąc się do śmierci szpadą
Przeciwko wrogom ojczyzny,

«Aby miasto pamiętało
I mówiły polskie dziatki,
Które dziś w kołyskach leżą
I bomby grające słyszą,
Aby, mówię, owe dziatki
Wyrosłszy wspomniały sobie,
Że w tym dniu poległ na wałach
Jenerał – z nogą drewnianą.

«Kiedym chodził po ulicach,
I śmiała się często młodzież,
Żem szedł na drewnianej szczudle
I często, stary, utykał.
Niechże teraz mię obaczy,
Czy mi dobrze noga służy,
Czy prosto do Boga wiedzie
I prędko tam zaprowadzi.

«Adiutanty me, fircyki,
Że byli na zdrowych nogach,
Toteż usłużyli sobie
W potrzebie – tymi nogami,
Tak że muszę na ołtarzu
Oprzeć się, człowiek kulawy,
Więc śmierci szukać nie mogę,
Ale jej tu dobrze czekam.

«Nie klękajcie wy przede mną,
Bo nie jestem żaden święty.
Ale Polak jestem prawy,
Broniący mego żywota;
Nie jestem żaden męczennik,
Ale się do śmierci bronię
I kogo mogę, zabiję,
I krew dam – a nie dam szpady...»

To rzekł jenerał Sowiński,
Starzec o drewnianej nodze,
I szpadą się jako fechmistrz
Opędzał przed bagnetami;
Aż go jeden żołnierz stary
Uderzył w piersi i przebił...
Opartego na ołtarzu
I na tej nodze drewnianej.

Dajcie mi tylko jednę ziemi milę...


Dajcie mi tylko jednę ziemi milę ––
Może, o bracia, za wiele zachciałem!
Dajcie mi jedną bryłę – na tej bryle
Jednego – duchem wolnego i ciałem,
A ja wnet z siebie sprawię i pokażę,
Że taki posąg – dwie będzie miał twarze.

Dajcie mi gwiazdę mniejszą od miesiąca,
Kometę złotym wiejącą szwadronem,
Niechaj po lasach będzie latająca,
A tylko święta jednym polskim zgonem,
A ja wnet siły dobędę nieznane,
Skrzydła wyrzucę – i wnet na niej stanę...

O bracia moi! kiedy krzyżem leżę
A proszę Boga o kraj, o człowieka ––
To mi się zdaje, że tętnią rycerze,
A wróg z piorunem przed nimi ucieka...
Chcę biec – lecz kiedy na blask gwiazd wynidę,
Gwiazdy mię drwiące pytają, gdzie idę.

O gwiazdy zimne, o świata szatany,
Wasze mię wreszcie niedowiarstwo zwali...
Już prawie jestem człowiek obłąkany,
Ciągle powiadam, że kraj się już pali,
I na świadectwo ciskam ognia zdroje ––
A to się pali tylko serce moje!...

W pamiętniku Zofii Bobrówny


Niechaj mię Zośka o wiersze nie prosi,
Bo kiedy Zośka do ojczyzny wróci,
To każdy kwiatek powie wiersze Zosi,
Każda jej gwiazdka piosenkę zanuci.
Nim kwiat przekwitnie, nim gwiazdeczka zleci,
Słuchaj – bo to są najlepsi poeci.

Gwiazdy błękitne, kwiateczki czerwone
Będą ci całe poemata składać.
Ja bym to samo powiedział, co one,
Bo ja się od nich nauczyłem gadać;
Bo tam, gdzie Ikwy srebrne fale płyną,
Byłem ja niegdyś, jak Zośka, dzieciną.

Dzisiaj daleko pojechałem w gości
I dalej mię los nieszczęśliwy goni.
Przywieź mi, Zośko, od tych gwiazd światłości,
Przywieź mi, Zośko, z tamtych kwiatów woni,
Bo mi zaprawdę odmłodnieć potrzeba.
Wróć mi więc z kraju taką – jakby z nieba.
Paryż, 13 marca 1844
Juliusz Słowacki

Juliusz Słowacki (1809-1849)

Polski poeta, dramatopisarz. Jeden z najwybitniejszych twórców romantycznych, nazywany - obok A. Mickiewicza i Z. Krasińskiego - "wieszczem".

1825-1828 studiował prawo na Uniwersytecie Wileńskim. 1829 wyjechał do Warszawy ipodjął pracę jako aplikant w Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu. 1831 zatrudniony w Biurze Dyplomatycznym Rządu Narodowego, wyjechał do Drezna, skąd udał się jako kurier dyplomatyczny do Londynu i Paryża, gdzie osiadł po zakończeniu misji.
1832-1836 przebywał w Genewie, co miało wpływ na jego twórczość, np. poemat miłosny W Szwajcarii (wydany 1839). 1836 odbył podróż do Włoch, skąd wyruszył do Grecji, Egiptu iPalestyny (Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu, 1836-1839, wydanie pośmiertne w całości 1866). 1838 powrócił do Paryża.

Debiutował anonimowo 1830 w Melitele powieścią poetycką Hugo. 1832 opublikował tomy 1-2 Poezji, gdzie znalazły się powieści poetyckie: Żmija, Jan Bielecki, Hugo, Mnich, Arab, tragedie Mindowe oraz Maria Stuart. Tom 3 (1833) zawierał m.in.: powieść poetycką Lambro, poemat Godzina myśli i liryki pisane w czasie powstania listopadowego.

Do wielkich dramatów Słowackiego zaliczają się: Kordian (1834), Horsztyński (1835, wydanie pośmiertne 1866), Balladyna (1839), Fantazy (wydany 1866), Mazepa i Lilla Weneda (1840), Ksiądz Marek (1843), Sen srebrny Salomei (1844), Zawisza Czarny (1844-1845, wydany 1908), Samuel Zborowski (powstał zapewne 1845, wydanie całości 1903), parafraza Księcia niezłomnego P. Calderona (1844).

Poematy: Anhelli (1838), Poema Piasta Dantyszka herbu Leliwa o piekle (wydane anonimowo 1839), Ojciec zadżumionych i Wacław zostały wydane wraz z poematem W Szwajcarii pt. Trzy poema (1839). Nie ukończony poemat dygresyjny Beniowski (pieśń 1-5, 1841, pieśń 6-10 w tomie 2 Pism pośmiertnych, 1866).

Poglądy filozoficzne, formułowane szczególnie w ostatnich latach życia pod wpływem myśli A. Towiańskiego, wyraził Słowacki m.in. w traktacie poetyckim Genezis z Ducha (1844, wydany pośmiertnie 1871), we fragmentach pisanych w latach 1845-1846, ułożonych później przez badaczy w tzw. Poemat filozoficzny oraz w eposie historiozoficznym Król-Duch (powstanie 1845-1849, rapsod 1 wydany 1847) i w Odpowiedzi na «Psalmy przyszłości» (1848).

Rozwinął tzw. doktrynę genezyjską, wyjaśniającą sens świata za pomocą argumentów zaczerpniętych z różnych gałęzi nauki. Genezyjski mesjanizm Słowacki tłumaczył klęski i cierpienia Polski jako szczególny rodzaj doświadczenia skłaniającego naród do wielkiego wysiłku duchowego na drodze ku samodoskonaleniu.

Słowacki był wielkim nowatorem i znakomitym artystą słowa. Niezupełnie rozumiany przez współczesnych, stawał się nieraz celem ostrych ataków. Także m.in.: Pisma pośmiertne (tom 1-2, 1866-1867), Dzieła (tom 1-10, 1909), Dzieła wszystkie (tom 1-17, 1952-1976), Dzieła (tom 1-14, 1959), Korespondencja (tom 1-2, 1962-1963).


blog comments powered by Disqus