Poetka samotna
Barbara Hollender
„Rzeczpospolita”, 10 marca 1997
Agnieszka Osiecka studiowała dziennikarstwo na uniwersytecie i reżyserię w szkole filmowej w Łodzi. Andrzej Wajda uważał, że będzie kiedyś świetnym reżyserem. Poszła inną drogą, więc Wajda nadał tylko jej imię bohaterce "Człowieka z marmuru" - dziewczynie niespokojnej, wrażliwej, dążącej do prawdy. Dlaczego nie została reżyserem? Osiecka sama opowiadała zabawną historię: robiła etiudę dyplomową według Czechowa. Dwójka aktorów miała zachłysnąć się sobą w tańcu. Ale chłopiec ciągle odsuwał się od dziewczyny. Wreszcie zniecierpliwiona Osiecka wzięła go na bok na rozmowę: "Jesteś nią oczarowany, widz musi w to uwierzyć" - tłumaczyła. "Ale ja czuję do niej wstręt fizyczny" - odpowiedział aktor. Zdała sobie sprawę, że nie pokona jego wstrętu. I wstrętu wszystkich następnych, których spotka na filmowych planach. Nigdy więcej nie stanęła za kamerą. To była jej wersja. Naprawdę nie potrafiła wtłoczyć się w sztywne wymagania filmowej produkcji. W zależność, jaka jest nieuchronną częścią tego zawodu.
Była poetessą. Tak właśnie o sobie mówiła: "poetessa". Narodziła się w STSie, studenckim teatrze, który zaczynał swoją działalność w sali warszawskiej elektrowni na Powiślu, a potem grał w budynku schowanym za kościółkiem niedaleko placu Dzierżyńskiego, promieniując stamtąd buntem pokolenia. Buntem ludzi wrażliwych, wtłoczonych w realny socjalizm, żyjących - jak wszyscy w tamtym czasie - na ulicy Kamiennej, na Czerniakowie.
Była wyczulona na wszystko, co pulsowało pod skórą jej pokolenia. Prowadziła życie niezależne, niespokojne, gdzieś wyjeżdżała, skądś wracała, kręciła się po Polsce, po świecie. Wyznała kiedyś: "Nie mam gdzie postawić drugiej nogi". Życie osobiste też miała splątane. Córkę wychowywał Daniel Passent. Ona czasem ubolewała, że nikt nigdy nie oszalał na jej punkcie. A ona kochała naprawdę. Powstawały potem "Listy śpiewające", pełne czułych słów, westchnień. I poczucia rozczarowania. Ale ten ból rozstań i silnych przeżyć był chyba wpisany w jej życie. Inaczej nie umiała, nie chciała. Nie interesowali ją mężczyźni, którzy nie mogli jej zranić. Nie interesowały jej układy spokojne, stabilne i nudne. W jednej z piosenek napisała: "Tylko nie patrz na mnie jak na żonę".
Zostawiła dwa tysiące piosenek, wspomnieniowe książki, musicale. Współpracowała z wieloma kompozytorami - Adamem Sławińskim, Sewerynem Krajewskim, Jackiem Mikułą, Edwardem Pałłaszem, Katarzyną Gaertner, Jerzym Satanowskim. Jej teksty śpiewały Magda Umer, Maryla Rodowicz, Krystyna Sienkiewicz. .. Piosenki mają to do siebie, że żyją przez jeden sezon. Strofy napisane przez nią przetrwały. Może dlatego właśnie, że tyle w nich było prawdziwego życia, bólu, prawdy, że każda z nich była małym dramatem. Tego sposobu pisania nauczyli dziewiętnastoletnią dziewczynę, która przyszła do teatru, założyciele STS-u- Jarecki, Drawicz, Markuszewski. Mówili: Piosenka musi być chropawa jak rzeczywistość wokół. Ona w te piosenki o kochankach z ulicy Kamiennej, o okularnikach wkładała jeszcze swoją filozofię życia: bez taryfy ulgowej, bez uników.
Powiedziała kiedyś, że jej małą ojczyzną jest polska gramatyka. Umiała dobierać przymiotniki i przysłówki. Żonglowała częściami mowy leciutko, z wdziękiem prawdziwej poetki. Pisała skrótami, celnie. Wymyśliła hasło reklamowe dla amerykańskiego koncernu "Coca cola to jest to". Ale przede wszystkim tak wiele innych sformułowań pięknych i trafnych, które funkcjonują dzisiaj w języku. Ile razy z przymrużeniem oka przypominamy sobie choćby to, że „życie jest formą istnienia białka”?
Agnieszka Osiecka miała bardzo wielu przyjaciół, kochała ludzi, piła z nimi wódkę, czasem się kłóciła, zawsze otwierała przed nimi drzwi swego mieszkania. A jednocześnie była ostrożna, jakby trochę podejrzliwa. I chyba - wśród tych wszystkich przyjaciół, wśród całej masy ludzi, którzy umawiali się z nią na piwo, którzy z nią pisali piosenki, wyjeżdżali na Mazury - bardzo samotna. Kiedyś powiedziała, że człowiek nie może sprzedawać "całego siebie".
W filmie, jaki nakręciła o niej Grażyna Pieczuro, patrząc w niebo mówi do Seweryna Krajewskiego: "Jak już będę tam, na górze, to czasem tu do was na ziemię zejdę". "A jak to zrobisz? " - pyta kompozytor. Wskazując na świetlistą pręgę na niebie (czy to przeleciał odrzutowiec, czy tak się ułożyło światło) odpowiada: "A po takiej ścieżce". Bo Osiecka lubiła żyć, lubiła świat z wszystkimi jego słabościami, śmiesznostkami, zakrętami. Ale jednocześnie miała w sobie świadomość przemijania i śmierci. Przemijanie - to było odchodzenie miłości, odchodzenie młodości, to była świadomość istnienia tych młodych dziewczyn, których "urodą okrutną zaroi się Paryż i Kutno". A śmierć? Do musicalu "Dziś straszy" napisała piosenkę "Pożegnanie z poetką". Pożegnała sama siebie. Czy ktoś umiałby piękniej pożegnać poetessę tego przetrąconego, zbyt wcześnie odchodzącego pokolenia?
blog comments powered by Disqus