Agnieszka Osiecka
choć smutne śpiewki przędę,
bo przecież będę, no przecież będę”...
Pijmy wino za kolegów
▲Nie paliłeś dawniej tyle co dziś.
Zapałka ci drży,
nielekko nam iść.
Wlejmy kroplę gorzkich żalów do szkła.
Nie wstydźmy się słów, nie bójmy się dnia.
Pijmy wino za kolegów,
którym szczęścia w życiu brak.
Za tych, którym zawsze idzie nie tak;
kobiety nie te i zimy zbyt złe.
My, co mamy ciepłą strawę i kąt,
opinię jak łza - przepustkę na ląd
Pijmy wino za kolegów,
co się niby iskry tlą,
których jakiś Bóg przeznaczył na złom.
Pociągi nie te, pogody zbyt złe.
My, co mamy mocne zdrowie jak skaut.
Nie czeka nas głód, nie grozi nam aut.
Pijmy wino za kolegów, których wciąż omija raut.
Idźmy w taniec malowany na szkle,
bo żona ma żal, do tańca się rwie.
Pijmy wino za kolegów do dna,
bo oni - to my, a my - to już mgła.
Pijmy wino za kolegów do dna,
bo oni - to my, a my - to już mgła.
Pijmy wino za kolegów do dna,
bo oni - to my, a my - to już mgła.
Uciekaj, moje serce
▲serialu telewizyjnego "Jan Serce".
Gdzieś w hotelowym korytarzu krótka chwila,
splecione ręce gdzieś na plaży, oczu błysk,
wysłany w biegu krótki list,
stokrotka śniegu, dobra myśl,
to wciąż za mało, moje serce, żeby żyć,
Uciekaj, skoro świt, bo potem będzie wstyd
i nie wybaczy nikt chłodu ust twych.
Deszczowe wtorki, które przyjdą po niedzielach,
kropelka żalu, której winien jesteś ty,
nieprawda, że tak miało być,
że warto w byle pustkę iść,
to wciąż za mało, moje serce, żeby żyć.
Uciekaj, skoro świt, bo potem będzie wstyd
i nie wybaczy nikt chłodu ust, braku słów,
uciekaj skoro świt, bo potem będzie wstyd
i nie wybaczy nikt chłodu ust, braku słów.
Odloty nagłe i wstydliwe, niezabawne,
nic nie wiedzący, a zdradzony pies czy miś,
żałośnie chuda kwiatów kiść,
I nowa złuda, nowa nić,
to wciąż za mało, moje serce, żeby żyć.
Uciekaj, skoro świt...
Ja nie chcę spać
▲Ja nie chcę spać,
ja nie chcę umierać,
chcę tylko wędrować
po pastwiskach nieba,
białozielone obłoki zbierać,
nie chcę nic więcej, nie chcę nic mniej.
Są jeszcze brzegi
na których nie byłam,
są jeszcze śniegi, których nie wyśniłam,
są pocałunki, na które czekam,
listy z daleka, drogi od wiatr.
Ja nie chcę spać,
ja nie chcę umierać,
chcę tylko wędrować
po pastwiskach nieba,
białozielone obłoki zbierać,
niczego więcej mi nie potrzeba.
A chociaż nie ma
tam brzegu mojego,
śniegów i nieba, nieba zielonego,
noc mnie nie nuży, dzień się nie dłuży,
być wciąż w podróży, w drodze pod wiatr.
Kiedy mnie już nie będzie
▲Siądź z tamtym mężczyzną
twarzą w twarz,
kiedy mnie już nie będzie.
Spalcie w kominie
moje buty i płaszcz,
zróbcie sobie miejsce...
A mnie oszukuj mile
uśmiechem, słowem, gestem,
dopóki jestem, dopóki jestem
Płyń z tamtym mężczyzną
w górę rzek,
kiedy mnie już nie będzie,
znajdźcie polanę, smukłą sosnę i brzeg,
zróbcie sobie miejsce...
A mnie wspominaj czule,
że mało tak się śniłem,
a przecież byłem, no przecież byłem...
Dziel z tamtym mężczyzną
chleb na pół,
kiedy mnie już nie będzie,
kupcie firanki, jakąś lampę i stół,
zróbcie sobie miejsce...
A mnie bezczelnie kochaj,
choć smutne śpiewki przędę,
bo przecież będę, no przecież będę.
Konie
▲na prośbę Maryli Rodowicz
Czarne konie, czarne wichry dwa, unoszą mnie, unoszą.
Nie chcą wody pić o jadło mnie nie proszą.
Czy powietrza tak mi mało, czy mnie piekło zawołało,
Że pomykam, jak na skrzydłach, wilki płosząc.
Na cóż bracia nam ten wieczny lot?
Cóż mi za konie los nadarzył, jakby w nich palił ktoś,
A ja żyłam nie dość i śpiewałam nie dość!
Koniom wody by dać, śpiew dośpiewać i trwać,
Jeszcze dzień, jeszcze noc, na wichurze by stać.
Będzie tak, że gdzieś w pół drogi byle wiatr mnie w końcu zmiecie.
I zataszczą mnie na saniach, i dopalą mnie jak świecę.
Ech! ty psie, o diablej twarzy, nie poganiaj moich koni!
Daj mi chwilę, by pomarzyć, dorzuć drugą, żeby zmądrzeć.
Na cóż bracia nam ten wieczny lot?
Cóż mi za konie los nadarzył, oba jak czarty złe,
A tu dożyć się chce i dośpiewać się chce!
Koniom wody by dać, śpiew dośpiewać i trwać,
Jeszcze dzień, jeszcze noc, na wichurze by stać.
Jestem w porę, chwała Bogu, kto by śmiał się spóźniać w Raju.
Czy to anioły słychać już, jak bezradośnie mi śpiewają?
Czy to może dzwonek dzwoni, pół się śmieje i pół szlocha,
Czy to ja się drę i klnę ten zaprzęg mój, te bestie dwie!
Na cóż bracia nam ten wieczny lot?
Cóż mi za konie los nadarzył, jakby w nich palił ktoś,
A ja żyłam nie dość i śpiewałam nie dość!
Koniom wody by dać, śpiew dośpiewać i trwać,
Jeszcze dzień, jeszcze noc, na wichurze by stać.
Na zakręcie
▲Dobrze się pan czuje?
To świetnie,
właśnie widzę – jasny wzrok, równy krok
jak w marszu.
A ja jestem, proszę pana, na zakręcie.
Moje prawo to jest pańskie lewo.
Pan widzi: krzesło, ławkę, stół,
a ja – rozdarte drzewo.
Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie.
Ode mnie widać niebo przekrzywione.
Pan dzieli każdą zimę, każdy świt na pół.
Pan kocha swoją żonę.
Pora wracać, bo papieros gaśnie.
Niedługo, proszę pana, będzie rano.
Żona czeka, pewnie wcale dziś nie zaśnie.
A robotnicy wstaną.
A ja jestem, proszę pana, na zakręcie.
Migają światła rozmaitych możliwości.
Pan mówi: basta, pauza, pat.
I pan mi nie zazdrości.
Lepiej chodźmy, bo papieros zgaśnie.
Niedługo, pan to czuje, będzie rano.
Ona czeka, wcale dziś nie zaśnie.
A robotnicy wstaną.
A ja jestem, proszę pana, na zakręcie.
Choć gdybym chciała – bym się urządziła.
Już widzę: pieska, bieska, stół.
Wystarczy, żebym była miła.
Pan był także, proszę pana, na zakręcie.
Dziś pan dostrzega, proszę pana, te realia.
I pan haruje, proszę pana, jak ten wół.
A moje życie się kolebie niczym balia.
Pora wracać, już śpiewają zięby.
Niedługo, proszę pana, będzie rano.
Iść do domu, przetrzeć oczy, umyć zęby.
Nim robotnicy wstaną.
Sztuczny miód
▲Możesz pić z byle kim,
byle gdzie!
W byle Krym, w byle Rzym -
proszę cię!
Mam co palić, nie musze wciąż jeść,
nie potrzeba mi... Zresztą... Pal sześć!
Możesz nie dać mi grosza na dom,
tylko proszę cię,
proszę -
zmień ton!
Możesz bredzić... Pleść bzdury... Androny...
Tylko błagam cię: nie mów, nie mów, tylko nie mów - do mnie jak do żony!
Bo to wszystko nie tak,
nie tak,
nie tak,
no, a jeśli,
jeżeli
nie tak, nie tak, nie to,
no to po co nam było w to gnać,
tamto rwać,
iść pod prąd, pod wiatr,
gniado wić
niby ptak,
no - jeżeli ma być
nie tak?
Słowa jak sztuczny miód,
ersatz, cholera, nie życie,
miał być raj, miał być cud
i ćwiartka na popicie,
a to wszystko nie tak, nie tak,
nie to,
a jeżeli, a jeśli - nie to,
no to o co, u diabła, nam szło?
Możesz iść, dokąd chcesz,
wiesz, gdzie drzwi,
w byle ziąb, w byle deszcz,
w byle sny...
Ja na kłamstwie się znam tak jak ty,
sztucznym miodem karmieni - to my.
Znamy lata trwożniejsze niż dzwon.
Tylko proszę - ten ton... ten ton.
Wygadujcie, panowie, androny,
tylko błagam - nie mówcie, nie mówcie już do nas jak do żony.
Bo to wszystko nie tak,
nie tak,
nie tak,
no, a jeśli,
jeżeli
nie tak, nie tak, nie to,
no to po co nam było w to gnać,
tamto rwać,
iść pod prąd, pod wiatr,
gniado wić
niby ptak,
no - jeżeli ma być
nie tak?
Słowa jak sztuczny miód,
ersatz, cholera, nie życie,
miał być raj, miał być cud
i ćwiartka na popicie,
a to wszystko nie tak, nie tak,
nie to,
a jeżeli, a jeśli - nie to,
no to o co, u diabła, nam szło?
- ...O szkło?
Nie żałuję
▲Że nie dałaś mi mamo zielonookich snów.
Nie żałuję.
Że nie znałam klejnotów ni koronkowych słów.
Nie żałuję.
Że nie mówiłaś mi jak szczęście kraść z pod lady,
I nie uczyłaś mnie życiowej maskarady,
Pieszczoty szarej tych umęczonych dni
Nie żal mi, nie żal mi.
Przeciwnie, bardzo ci dziękuję, kochana,
Żeś mi odejść pozwoliła,
Po to bym żyła, tak jak żyłam.
Że nie dałeś mi szczęścia, pierścionka ani psa.
Nie żałuję.
Że nie dzwonisz po nocach: kochanie, tak to ja.
Nie żałuję.
Że nie załatwiasz mi posady sekretarki
I że nie noszę twojej szarej marynarki,
Że patrzysz na mnie jak teatralny widz –
To nic, to nic.
Przeciwnie, bardzo ci dziękuję, kochanie,
Za to, że jesteś królem karo,
Że jesteś zbrodnią mą i karą.
Że w tym kraju przeżyłam te kilka podłych lat.
Nie żałuję.
Że na koniec się dowiem: ot, tak się toczy świat.
Nie żałuję.
Że nie załatwią mi urlopu od pogardy
I że nie zwrócą mi uśmiechu jak kokardy,
Pieszczoty szarej tych udręczonych dni –
Nie żal mi, nie żal mi.
Przeciwnie, bardzo ci dziękuję, mój kraju,
Za jakiś czwartek, jakiś piątek, jakiś wtorek,
I za nadziei cały worek.
Przeciwnie, bardzo ci dziękuję,
Za to że jesteś moim krajem,
Że jesteś piekłem mym i rajem.
Że nie dałeś mi, Panie, zasypiać słodkim snem.
Nie, nie żałuję.
Że nie byłam przez chwilę szarotką ani lwem.
Nie, nie żałuję
Przeciwnie, bardzo ci dziękuję, Panie mój.
Sama chciała
▲
Tak się urodzić
w niedzielę wieczór.
Nie chcieć, nie poczuć, nie przeczuć.
Być jak przesyłka,
jak paczka mała.
Sama chciała, sama chciała...
Tak chodzić do szkół
wszędzie po troszku.
Myśli i nerwy mieć w proszku.
Znaleźć i zgubić,
co matka dała.
Sama chciała, sama chciała...
Tak się niemądrze
w niemądrych kochać.
Nie trwać, nie czekać, nie szlochać.
Potem zazdrościć
tej, co umiała.
Sama chciała, sama chciała...
Tak się na dobre
rozkochać w tobie.
Z żalu za tobą wypłowieć.
Być nazbyt cicha
lub nazbyt śmiała.
Sama chciała, sama chciała...
Tak nagle ustać
w niedzielę wieczór.
Nie czuć, nie poczuć, nie przeczuć.
Wśród jasnych buków
zasnąć jak skała.
Sama chciała, sama chciała...
Wielka woda
▲Na wszystkie moje pogody,
na niepogody duszy mej -
trzeba mi wielkiej wody,
trzeba mi wielkiej wody,
tej dobrej i tej złej...
Oceanów mrukliwych
i strumieni życzliwych,
czarnych głębin niepewnych
i opowieści rzewnych...
Na wszystkie moje złe bogi
i na niebogi z moich snów -
trzeba mi wielkiej drogi,
trzeba mi wielkiej drogi
wśród wiecznie młodych bzów...
Drogi białosrebrzystej,
dróżki nieuroczystej,
piachów siebie niepewnych
i ptasich rozmów śpiewnych...
Na wszystkie moje tęsknoty
i na ochoty duszy mej -
trzeba mi wielkiej psoty,
trzeba mi wielkiej psoty,
trzeba mi psoty, hej...
Nocnych wypraw pod Kraków,
długich rozmów rodaków,
wysokonogich lasów
i bardzo dużo czasu.
Taką mnie ścieżką poprowadź,
gdzie śmieją się śmiechy w ciemności
i gdzie muzyka gra.
...i nie daj mi, Boże, skosztować
tak zwanej życiowej mądrości,
dopóki życie trwa.
Oczy tej małej
▲"Sztukmistrz z Lublina"
Posłuchaj pan, panie podróżny,
co się zdarzyło na Próżnej:
żyła tam Jagna, dobra i czysta,
i chodził do niej Jan kancelista,
akurat to była niedziela,
kręciła się karuzela.
Zabrał tam Jagnę kochanek czuły
i całkiem zmącił jej miły umysł.
Oczy tej małej jak dwa błękity,
myśli tej małej - białe zeszyty.
A on był dla niej jak młody bóg,
żebyż on jeszcze kochać mógł.
A lato, jak bywa w Warszawie,
młodym służyło łaskawie.
On ją zabierał nieraz na łódki,
a ona jego leczyła smutki.
Posłuchaj pan, panie wędrowny:
nastał ten dzień niewymowny,
odszedł bez słowa kochanek podły,
na nic się zdały płacz jej i modły.
Oczy tej małej jak dwa błękity,
myśli tej małej - białe zeszyty.
A on był dla niej jak młody bóg,
żebyż on jeszcze kochać mógł.
Pociągi poodchodzą i statki,
ona nie wróci do matki.
Kto by uwierzył w całym Makowie,
że dla niej światem był jeden człowiek.
Przez niego więc siebie zabiła
ta, co z miłości tańczyła.
Bóg jej wybaczył czyny sercowe
i lody podał jej malinowe.
Oczy tej małej jak dwa błękity,
myśli tej małej - białe zeszyty.
A on był dla niej jak młody bóg,
żebyż on jeszcze kochać mógł.
Posłuchaj niewierny kochanku,
co nienawidzisz poranków:
wróci jeszcze do ciebie ta trumna,
gdzie leży twoja kochanka dumna.
Bo taki, co kochać nie umie,
przegra - choć wszystko rozumie.
Bóg cię pokarze swą nieczułością
za to, żeś gardził ludzką miłością.
Oczy tej małej jak dwa błękity,
myśli tej małej - białe zeszyty.
A on był dla niej jak młody bóg,
żebyż on jeszcze kochać mógł.
Nie spoczniemy
▲Nie utulony w piersi żal,
bo za jedną siną dalą - druga dal...
Nie spoczniemy,
nim dojdziemy,
nim zajdziemy
w siódmy las,
więc po drodze,
więc po drodze
zaśpiewajmy
chociaż raz!
Nie nasycony w sercu głód,
bo za jednym nocnym chłodem - drugi chłód...
Nie spoczniemy,
nim dojdziemy,
nim zajdziemy
w siódmy las,
więc po drodze,
więc po drodze
zaśpiewajmy
chociaż raz!
Nie wytańczony wybrzmi bal,
bo za jedną siną dalą - druga dal...
Nie uleczony uśnie ból,
za pikowym czarnym królem - drugi król...
Nie pocieszony
mija czas,
bo za jednym czarnym asem - drugi as...
Nie spoczniemy,
nim dojdziemy,
nim zajdziemy
w siódmy las,
więc po drodze,
więc po drodze
zaśpiewajmy
chociaż raz!
Czy warto było kochać nas?
Może warto, lecz tą kartą źle grał czas...
Nie spoczniemy,
nim dojdziemy,
nim zajdziemy
w siódmy las,
więc po drodze,
więc po drodze
zaśpiewajmy
chociaż raz!
Niech żyje bal
▲Życie, kochanie, trwa tyle co taniec,
fandango, bolero, bibop.
manna, hosanna, różaniec i taniec,
i jazda, i basta, i stop.
Bal to najdłuższy, na jaki nas proszą,
nie grają na bis, chociaż żal,
zanim więc serca upadłość ogłoszą -
na bal, marsz na bal!
Szalejcie aorty, gdy idę na korty,
roboto, ty w rękach się pal,
miasta nieczułe, mijajcie jak porty,
bo życie, bo życie to bal.
Bufet, jak bufet, jest zaopatrzony,
zależy, czy tu, czy gdzieś tam,
tańcz póki żyjesz, i śmiej się do żony,
i pij zdrowie dam...
bo to życie to bal jest nad bale,
niech żyje bal,
drugi raz nie zaproszą nas wcale,
orkiestra gra,
jeszcze tańczą i drzwi są otwarte,
dzień wart jest dnia
i to życie zachodu jest warte!
Chłopo-robotnik i boa-grzechotnik,
z niebytu wynurza się fal,
widzi swą mamę i tatę, i żonkę
i rusza, wyrusza - na bal.
Sucha kostucha, ta Miss Wykidajło,
wyłączy nam prąd w środku dnia,
pchajmy więc taczki obłędu jak Byron,
bo raz mamy bal.
bo to życie to bal jest nad bale,
niech żyje bal,
drugi raz nie zaproszą nas wcale,
orkiestra gra,
jeszcze tańczą i drzwi są otwarte,
dzień wart jest dnia
i to życie zachodu jest warte!
Agnieszka Osiecka (1936-1997)
Poznałem Osiecką kilka lat temu, kiedy usłyszałem Marylkę śpiewającą jej wiersz:„Na wszystkie moje tęsknoty i na ochoty duszy mej - trzeba mi wielkiej psoty, trzeba mi psoty, hej... Nocnych wypraw pod Kraków, długich rozmów rodaków, wysokonogich lasów i bardzo dużo czasu”... Parę lat później okazało się, że tego czasu miała jednak zbyt mało i chyba nigdy się z tym nie pogodzę. Choć pewnie miała rację, opowiadając kiedyś tak: „Nie jest przyjemnie - albo raczej: nie jest szczęśliwie - żyć bardzo długo. Była taka pisarka polsko-żydowsko-niemiecko-amerykańska - Masza Kaleko. Miała osobliwą obsesję: bała się, że będzie żyć bardzo, bardzo długo i że przeżyje wszystkich swoich bliskich. I tak się stało!”.
Oddaję głos Magdzie Umer: „Nigdy nie traktowałam jej jak swego mistrza. Była nadzwyczajnie ciekawym człowiekiem, a potem dopiero piękną dziewczyną (bo nigdy nie kobietą). Na początku czułam się jej młodszą koleżanką - obie urodziłyśmy się 9 października, tylko ja o 13 lat później - a po latach dużo starszą siostrą, bo miałam wrażenie, że ja staję się coraz bardziej dojrzałą osobą, a ona przeciwnie. W ogóle pojęcie dojrzałości do niej nie pasowało. Nie chciała wydorośleć. Była inteligentna, młoda, wrażliwa, miała nadzwyczajny zmysł obserwacji i wielki talent, który dostała od Pana Boga, pozostała jednak do końca "nieodpowiedzialnym młodzieńcem" i dlatego z wieloma sprawami, zwłaszcza pod koniec życia, w ogóle nie umiała sobie poradzić. I chyba nikt nie był w stanie jej pomóc, choć wielu bliskich próbowało”... „Agnieszka Osiecka stworzyła w poezji dom tak piękny i doskonały, że nie umiała tego zrobić w życiu”. - dopowiada Krystyna Sienkiewicz.
Agnieszka Osiecka - polska pisarka, autorka tekstów piosenek, satyryk - urodziła się 9 października 1936 roku w Warszawie. Ukończyła Wydział Dziennikarski Uniwersytetu Warszawskiego i Szkołę Filmową w Łodzi. Narodziła się tak na prawdę w 1954 roku w Studenckim Teatrem Satyryków (STS), który zaczynał swoją działalność w sali warszawskiej elektrowni na Powiślu. Debiutowała w roku 1955 na łamach prasy jako dziennikarka. Przez wiele lat była redaktorem w dziale literackim Polskiego Radia, prowadziła Radiowe Studio Piosenki... Była wciąż w podróży, w drodze pod wiatr i nikt chyba nie mógł za nią nadążyć. Pod koniec życia, kiedy dowiedziała się o swojej nieuleczalnej chorobie, często przesiadywała w knajpkach na Saskiej Kępie w Warszawie, „pijąc wino za kolegów”... A przecież i jej „szczęścia w życiu ciągle było brak”. Zmarła 7 marca 1997. Ale (jestem tego pewien) wciąż, biegając po pastwiskach nieba, patrzy na nas z białozielonych obłoków...
- Jak już będę tam, na górze, to czasem tu do was na ziemię zejdę.
- A jak to zrobisz? - zapytał Seweryn Krajewski.
Agnieszka, wskazując na świetlistą pręgę na niebie, odpowiedziała:
- A po takiej ścieżce...
▲
- Pożegnanie Agnieszki - „Rzeczpospolita” 18. 03. 1997 r. [Krzysztof Masłoń]
- Poetka samotna - „Rzeczpospolita” 10. 03. 1997 r. [Barbara Hollender]
- Niepokój serca - „Rzeczpospolita” 8. 03. 1997 r. [Krzysztof Masłoń]
blog comments powered by Disqus
