Gabriel García Màrquez
Kronika zapowiedzianej śmierci
Warszawa, 1997
Mmiał ze sobą walizkę z ubraniem, żeby już zostać, i drugą taką samą, wypełnioną prawie dwoma tysiącami listów, które ona do niego napisała. Były uporządkowane według dat, w paczuszkach związanych kolorowymi wstążeczkami, i wszystkie co do jednego nie rozpieczętowane…
Był zdrowszy od nas wszystkich, ale kiedy się osłuchiwało jego serce, w środku było słychać plusk łez…
Najwyrazistszym obrazem, jak na zawsze zachowam z tej fatalnej niedzieli, był widok starego Poncio Vicario, samotnie siedzącego na stolku pośrodku podwórza. Posadzono go tam, sądząc być może, iż jest to honorowe miejsce, lecz goście obijali się o niego, mylili go z kimś innym, przesadzali w inne miejsce, żeby nie przeszkadzał, on zaś poruszał swa ośnieżoną głową na wszystkie strony z błędnym wyrazem twarzy dopiero co ociemniałego ślepca, odpowiadając na pytania nie do niego skierowane i na przelotne pozdrowienia, których nikt mu nie słał, szczęśliwy w swym kręgu zapomnienia, w nakrochmalonej koszuli i z laską z drewna gwajakowego, którą kupiono mu specjalnie na wesele…
Fatum czyni nas niewidzialnymi.
O miłości i innych demonach
Warszawa, 1997
Zawsze wierzył, że kocha córkę, ale w strachu przed wścieklizną musiał przyznać, że dla wygody sam siebie oszukuje. Bernarda nawet nie próbowała sobie zawracać głowy jakimikolwiek pytaniami, całkowicie świadoma, że córki nie kocha i nie jest przez nią kochana, uznając i jedno, i drugie, za rzecz całkowicie normalną. Odczuwana przez oboje nienawiść do dziewczynki w dużej mierze była wstrętem do cech, które po nich samych odziedziczyła.
Własny głos wyrwał go ze snu i ujrzał Siervę Marię w klasztornym fartuchu, z włosami oplatającymi jej ramiona niczym żywy płomień, jak wyrzuca zeschnięty goździk i wkłada do wazonu bukiet świeżo zakwitłych gardenii. Delaura przemówił rozpromienionym głosem słowami Garcilasa: Żem dla ciebie się zrodził, że tobie życie zawdzięczam, że życie bym oddał dla ciebie, więc i przez ciebie umieram. Sierva Maria uśmiechnęła sie nie patrząc nań. On zamknął oczy, żeby się upewnić, że nie jest to omam zwodniczych cieni. Kiedy je otworzył, przywidziana postać zniknęła, ale cała biblioteka przesycona była zapachem jej gardenii.
Bo nam, ateistom, nie sposób żyć bez duchownych — powiedział Abrenuncio. — Pacjenci powierzają nam swoje ciała, ale nie powierzają nam swoich dusz, więc niczym diabeł dybiemy na nie i usiłujemy o nie walczyć z Panem Bogiem.
Zła godzina
Warszawa, 2000
Popołudnie było pogodne i pełne światła. Wielka barka kryta papą płynęła po rzece gęstej i nieruchomej. Z na wpół rozwalonego domu wyszło dziecko wołając, że znalazło morze wewnątrz muszli. Ojciec Angel przyłożył muszlę do ucha. Rzeczywiście, było tam morze.
Generał w labiryncie
Warszawa, 1998
Tego ranka odprawiał ten codzienny obrządek mycia z większą zaciekłością i okrucieństwem niż kiedykolwiek, starając się oczyścić ciało i dusze z dwudziestu lat daremnych wojen i rozczarowań, jakie przynosi władza.
Śmierć była dla niego zawsze nieuniknionym ryzykiem zawodowym. Wszystkie swe wojny prowadził na granicy bezpieczeństwa i nie odniósł najlżejszego draśnięcia, a pod nieprzyjacielskim ogniem zachowywał się taką pogodę i spokój ducha, że nawet jego oficerowie zgodnie obstawali przy łatwym wyjaśnieniu, iż uważa się za istotę, której nie można zranić. Wyszedł nietknięty ze wszystkich zamachów, jakich nań dokonywano, a w wielu przypadkach ocalał, ponieważ nie spał akurat we własnym łóżku. Chodził bez eskorty, a jadł i pił nie przejmując się w ogóle tym, co i gdzie mu podają. Tylko Manuela wiedziała, że ta beztroska nie brała się z nieświadomości ani fatalizmu, lecz ze smutnego przeświadczenia, że umrze na swoim posłaniu, w nędzy, nagi i pozbawiony tej pociech, jaką jest wdzięczność ogółu.
— Jak może teraz wyglądać Londyn?
Pułkownik Wilson spojrzał na słońce, które stało niemal w zenicie, i powiedział:
— Źle, panie generale.
Generał nie był zaskoczony odpowiedzią, ale zapytał znowu tym samym tonem:
— A to dlaczego?
— Bo tam jest teraz szósta po południu, a to najgorsza pora w Londynie — rzekł Wilson. — A poza tym na pewno pada tam deszcz, brudny i gnuśny jak ropucha, bo wiosna to dla nas złowieszcza pora roku.
— Chyba nie chce pan powiedzieć, że pokonałeś trapiąca cię nostalgię — powiedział generał.
— Przeciwnie: nostalgia pokonała mnie — odparł Wilson. — Już jej nie stawiam najmniejszego oporu.
— A zatem chce pan wracać czy nie?
— Sam już nie wiem, panie generale — powiedział Wilson. — Jestem na łasce losu, i nie jest to mój los.
Generał spojrzał mu prosto w oczy i rzekł zdziwiony:
— To ja powinienem tak powiedzieć.
W środę 16 czerwca dostał wiadomość, że rząd zatwierdził przyznaną mu przez Kongres dożywotnią pensję. Otrzymanie owej wiadomości skwitował generał listem — nie pozbawionym ironii — do prezydenta Mosquery; skończywszy dyktować powiedział do Fernanda, naśladując używany przez Josego Palaciosa pluralis maiestatis i jego ceremonialną afektację: "Jesteśmy bogaci". We wtorek dwudziestego drugiego, otrzymał paszport i potrząsnął nim w powietrzu mówiąc: "Jesteśmy wolni". W dwa dni później, budząc się w hamaku po godzinie kiepskiego snu, otworzył oczy i rzekł: "Jesteśmy smutni"…
Odeszła tak jak wszystkie inne. Bo wśród tylu kobiet, które przewinęły się przez jego życie — wiele z nich zaledwie na parę godzin, nie było ani jednej, której podsunął by chociaż myśl o pozostaniu z nim dłużej. W miłosnych zapałach gotów był poruszyć świat, by biec na spotkanie. Gdy już zaspokoił pragnienie, wystarczała mu złudna świadomość, że nadal łączy go z tymi kobietami wspomnienie, ze nadal, na odległość, pada im w ramiona, pisząc ogniste listy i przesyłając kłopotliwe prezenty dla obrony przed zapomnieniem; ale nie angażował nawet najmniejszej cząstki swego życia w uczucie, które bardziej przypominało próżność niż miłość.
Nagle gniew minął bez śladu, równie nie w porę, jak się zjawił, i generał przystąpił do rozgrzeszania wobec historii tych samych oficerów, którym dopiero co naubliżał. "Tak czy inaczej, błąd popełniłem ja — powiedział. — Oni chcieli tylko mieć niepodległość, a więc walczyli o coś natychmiastowego i konkretnego, i niech mi ktoś powie, że nie zrobili tego dobrze!". Wyciągnął do lekarza wychudzoną, kościstą rękę, aby pomógł mu wstać, i dokończył z westchnieniem: — Ja natomiast zagubiłem się w marzeniach szukając czegoś, co nie istnieje…
Ale najmocniej wrył mu się w pamięć dotyk gorącej dłoni, ciężki oddech i nienaturalna skwapliwość, z jaką podniósł się z noszy, aby przywitać po kolei każdego z oczekujących należnym mu tytułem, imieniem i nazwiskiem, przy czym, podtrzymywany przez adiutantów, ledwo stał na nogach. Potem już pozwolił zanieść się do berlinki i osunął się na siedzenie, z głową bezwładnie pochyloną na oparcie, ale jego oczy chciwie czepiały się życia: wciskało się oknem i otaczało go po raz ostatni i niepowtarzalny.
Miłość w czasach zarazy
Warszawa, 1997
Wszystko, co należało do męża, pobudzało ją do płaczu: pantofle z pomponami, pidżama pod poduszką, lustro na toaletce, w którym już nie było odbicia jego twarzy, jego charakterystyczny zapach na jej skórze. Dreszczem przejęła ją niejasna myśl: "Ludzie, których kochamy, powinni umierać razem ze swoimi rzeczami".
Nie ma kto pisać do pułkownika
Warszawa, 1982
Pułkownik przekonał się, że nie starczyło mu czterdziestu lat życia, wspólnego głodu i wspólnego cierpienia, aby poznać swoją żonę. Poczuł, że cos postarzało się nawet w miłości.
Lekarz zerwał pieczęć na paczce gazet. Zapoznał się z najważniejszymi wiadomościami, podczas gdy pułkownik, z oczyma wbitymi w swoja przegródkę, czekał aż kierownik poczty zatrzyma się przed nią. Ale nie zrobił tego. Lekarz przerwał lekturę gazet. Spojrzał na pułkownika. Później przeniósł wzrok na kierownika, siedzącego przed telegrafem i znowu popatrzył na pułkownika.
— Chodźmy - powiedział.
Kierownik nie podniósł głowy.
- Nie ma nic dla pułkownika - rzekł.
Pułkownik poczuł wstyd.
- Na nic nie czekałem - skłamał. Podniósł na lekarza zupełnie dziecinne oczy. - Nie ma kto do mnie pisać.
- Powiedz mi, co będziemy jedli.
Trzeba było siedemdziesięciu pięciu lat - siedemdziesięciu pięciu lat życia, minuty za minutą, żeby pułkownik doczekał się tej chwili. Poczuł się czysty, kategoryczny, niepokonany, gdy odpowiedział:
- Gówno.
blog comments powered by Disqus