Silva Rerum

Dziś jest sobota, 19 maja 2012 r.

Jan Lechoń

Herostrates

"Skamander", 1943 nr 46 (prwdr.); Karmazynowy poemat, 1920; Poezje zebrane, Toruń 1995

Czyli to będzie w Sofii, czy też w Waszyngtonie,
Od egipskich piramid do śniegów Tobolska
Na tysiączne się wiorsty rozsiadła nam Polska,
Papuga wszystkich ludów - w cierniowej koronie.

Kaleka, jak beznodzy żołnierze szpitalni,
Co będą ze łzą wieczną chodzili po świecie,
Taka wyszła na Polska z urzędu w powiecie
I taka się powlokła do robót - w kopalni.

Dziewczyna, na matczyne niepomna przestrogi,
Nieprawny dóbr sukcesor, oranych przez dzieci,
Robaczek świętojański, co w nocy zaświeci,
Wspomnieniem dawnych bogactw żyjący ubogi.

A dzisiaj mi się w zimnym powiewie jesieni,
W szeleście rdzawych liści, lecących z kasztanów,
Wydała kościotrupem spod wszystkich kurhanów,
Co czeka trwożnych chwili, gdy ciało odmieni.

O! zwalcież mi Łazienki królewskie w Warszawie,
Bezduszne, zimnym rylcem drapane marmury,
Pokruszcie na kawałki gipsowe figury,
A ceres kłosonośną utopcie mi w stawie.

Czy widzisz te kolumny
na wyspie w teatrze,
Co widok mi zamknęły daleki na ścieżaj?
Ja tobie rozkazuję! W te słupy uderzaj
I bij w nie, aż rozkruszysz, aż ślad się ich zatrze.

Jeżeli gdzieś na Starym pokaże się Mieście
I utkwi w was Kiliński swe oczy zielone,
Zabijcie go! - A trupa zawleczcie na stronę
I tylko wieść mi o tym radosną przynieście.

Ja nie chcę nic innego, niech jeno mi płacze
Jesiennych wiatrów gędźba w półnagich badylach;
A latem nie się słońce przegląda w motylach,
A wiosną - niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę.

Bo w nocy spać nie mogę i we dnie się trudzę
Myślami, co mi w serce wrastają zwątpieniem,
I chciałbym raz zobaczyć, gdy przeszłość wyżeniem,
Czy wszystko w pył rozkruszę, czy... Polskę obudzę.

[W złotych strzępach liści drzewa nocą stoją]

Srebrne i czarne, 1924; Poezje zebrane, Toruń 1995

W złotych strzępach liści drzewa nocą stoją,
Księżyc srebrne smugi po ziemi rozwłóczy.
Nic mi nie pomoże na tęsknotę moją,
Już mnie żadne szczęście od niej nie oduczy.

Pobielały domy od srebrnej poświaty,
Jesienny przymrozek słabe ciało krzepi.
Tylko zeschłe liście, tylko zwiędłe kwiaty!
Może być, jak było, może nie być lepiej.

[Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczą główną]

"Skamander", 1923 z. 28 (prwdr.); Srebrne i czarne, 1924; Poezje zebrane, Toruń 1995
Wacławowi Zyndramowi-Kościałkowskiemu

Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczą główną,
Powiem ci: śmierć i miłość - obydwie zarówno.
Jednej oczu się czarnych, drugiej - modrych boję.
Te dwie są me miłości i dwie śmierci moje.

Przez niebo rozgwieżdżone, wpośród nocy czarnej,
To one pędzą wicher międzyplanetarny,
Ten wicher, co dął w ziemię, aż ludzkość wydała
Na wieczny smutek duszy, na wieczną rozkosz ciała.

Na żarnach dni się miele, dno życia się wierci,
By prawdy się najgłębszej dokopać istnienia -
I jedno wiemy tylko. I nic się nie zmienia.
Śmierć chroni od miłości, a miłość od śmierci

B-moll

"Tygodnik Polski", 1943 nr 46 (prwdr.); Aria z kurantem, 1945; Poezje zebrane, Toruń 1995
Jan Lechoń

Wieje między aleje wiatr listopadowy,
Zawiewa śnieg, co zimnem do głębi przenika,
Ach! ileż mi to razy już przyszło do głowy,
Że to jest właśnie polska prawdziwa muzyka.

I czuję was jak wczoraj, o powiewy wiatru,
Widzę płomień czerwony i trójnóg ozdobny,
I słyszę, jak z balkonu Wielkiego Teatru
Orkiestra gra powoli polski marsz żałobny.

I jego ton ostatni przypominam sobie,
Ten akord przeraźliwy, co chwilę wyraża,
Gdy wszyscy się powoli rozchodzą z cmentarza
I tylko jeden człowiek zostaje przy grobie.

Rozchyl tylko raz zasłonę

"Wiadomości", 1953 nr 41 (prwdr.); Marmur i róża, 1954; Poezje zebrane, Toruń 1995

Rozchyl tylko raz zasłonę
Z niewidzialnej bieli,
A zobaczysz taka stronę,
Od której wzrok dzieli.
Ręką, z ciała uwolnioną,
Tkniesz umarłej drżące łono,
Ciężką bramę pchniesz zamknioną
Mamertyńskiej celi.

W towojej tylko, twojej mocy,
Byś zobaczył siebie,
Byś doczekał Wielkanocy
Na twym własnym niebie,
Ujrzał świętych, twarz przy twarzy,
Którzy zstąpią z swych witraży
I roztrącą ci grabarzy
Na twoim pogrzebie.

[Co noc, gdy już nas nuda bezbrzeżna ogarnia]

"Wiadomości literackie", 1924 nr 34 (prwdr.); Srebrne i czarne, 1924; Poezje zebrane, Toruń 1995

Co noc, gdy już nas nuda bezbrzeżna ogarnia,
Gdy czczość jałową w myśli, w sercu pustkę mamy,
Wypluwa nas na miasto knajpa lub kawiarnia
I błądzimy bez celu po zamknięciu bramy.

A potem: łomotanie, czasem półgodzinne,
Nim wreszcie stróż zaspany obudzić się raczy.
I myśl: zabłądzić w końcu przed drzwi jakieś inne,
Co prowadzą do "Lepiej" lub choćby "Inaczej".

[Stargany meką straszną zapasów nierównych]

Srebrne i czarne, 1924; Poezje zebrane, Toruń 1995

Stargany męką straszną zapasów nierównych
Nie znając kresu żądzy, kres znając możności,
Jak w lekkim szumie skrzydeł aniołów ciemności -
W piekielnej śpię rozkoszy siedmiu grzechów głównych.

Wyszedłem za wątpienie, cierpienia, rozprawy
I idę tam, gdzie rzeczy się ludzkie nie liczą,
I patrzę w owe grzechy, milczące jak stawy,
I wiem już obojętnie, com wiedział z goryczą.

Znam ciebie, wciąż się rwąca, jak pies furio wściekła,
Co kąsasz na wolności, a wyjesz pod batem -
I dzisiaj pomyślałem, gdym myślał nad światem,
Że przecież są i tacy, co pójdą do piekła.

Pycha

"Wiadomości literackie", 1924 nr 34 (prwdr.); Srebrne i czarne, 1924; Poezje zebrane, Toruń 1995

Z ogrodów, z których płyną fale dziwnych woni,
Z pałaców o pyszne opartych kolumny,
Z twoich oczu błękitnych i twej białej dłoni,
Ze siebie, ze wszystkiego, jak Bóg jestem dumny.

Pod kołdrą się gwiaździstą do snu dzień ułożył,
Patrzę w ogród przez okno: w ogrodzie jest ciemno.
I myślę: jestem człowiek, którego bóg stworzył,
O każdej dnia godzinie śmierć wisi nade mną.

Zła ziemia będzie żarła moje białe kości,
Lecz gdzież odejdzie dusza, ten człowiek, prawdziwy?
Jeśli Bóg jest nicością, pójdzie do nicości,
Do nieba jeśli - dobry; do piekła - gdy mściwy.

Łakomstwo

Srebrne i czarne, 1924; Poezje zebrane, Toruń 1995

Na zło się i na siebie darmo człowiek godzi.
Wciąż w nim męka istnienia jako morze wzbiera
I patrzy w tajemnicze oczy Lucyfera,
Jak gwiazdy, które świecą zabłąkanej łodzi.

Na takie jeszcze miłość nie stać słodkie dreszcze,
Jeszcze dziwnych się pieszczot długo uczyć musi,
Nim głód ten nienazwany w naszych sercach zdusi,
Abyśmy, mając wszystko nie pragnęli jeszcze.

O! boskie, o tragiczne łakomstwo Adama!
O! grzechu pierworodny, mądry i głęboki!
Czyż jest jaśniejsze słońce niż te wieczne mroki,
Gdzie nie ma ukojenia, tylko żądza sama?

Nieczystość

Srebrne i czarne, 1924; Poezje zebrane, Toruń 1995

Jedno długie spojrzenie, ach! ileż potrafi
Rzucone w moją stronę prawie nieostrożnie.
Ach! jakąż jest rozkoszą oglądać bezbożnie
To wszystko czego nie ma na twej fotografii.

Wszystkie dnia mego sprawy są tylko marzenia,
Które noc rozprasza, sen z myśli wypłoszy;
Bo cóż da rozkosz wargom, gdy pragną rozkoszy,
Cóż może olśnić oczy, gdy pragną olśnienia?

Noc z tobą - to jest jedno, co jak haszysz działa,
Tylko jedno, w co można wierzyć bezprzytomnie.
I nie wiem czy jest miłość oprócz twego ciała,
I wiem, że mnie nie kochasz, że zapomnisz o mnie.

Zazdrość

Srebrne i czarne, 1924; Poezje zebrane, Toruń 1995

Jest mi dzisiaj źle bardzo, jest mi bardzo smutno,
Myśli mam zwiędłe, chore, jak kwiaty na grobie,
za oknem wisi niebo niby szare płótno.
Nie mogę cię dziś kochać i myśleć o tobie.

Miedzy nami jest przepaść, przepaść niezgłębiona,
I choćbyśmy wykochać po brzeg dusze chcieli
To wszystko, co nas łączy; jest miłość szalona,
A wszystko, co jest prawdą na wieki nas dzieli.

Wiem teraz: to jest jasne jak słońce na niebie,
I musi skonać serce pod ciężką żałobą,
Bo nigdy cię nie wezmę na wieczność dla siebie.
Ty nigdy mną nie będziesz, a ja nigdy tobą.

Obżarstwo i pijaństwo

Srebrne i czarne, 1924; Poezje zebrane, Toruń 1995

Od wspaniałych się zastaw ciężko stół ugina,
Białe strzępy chryzantem pośród gorsów bieli.
Nalewam wciąż kieliszek, choć nie lubię wina,
Ale będę pił dzisiaj, aby mnie widzieli

Jutro przyjdę tu także. Nic mnie to nie meczy:
Już trzecią noc się bawię bez zmrużenia powiek,
Nie tańczę ale słucham jak muzyka brzęczy.
Nie jestem gorszy od nich. Jestem zwykły człowiek.

Lecz nagle myśl jak piorun: "Skąd ja tu we fraku?'
Z hukiem pękła butelka, ciśnięta o ścianę.
Idioci! Wasze wino - wszystko fałszowane.
Żeby pić takie świństwo - trzeba nie mieć smaku.

Gniew

"Wiadomości literackie", 1924 nr 34 (prwdr.); Srebrne i czarne, 1924; Poezje zebrane, Toruń 1995

Ty masz różne miłości, ja tylko - otchłanie,
W które coraz mnie głębiej twa nieczułość strąca.
A jednak tyś jest światłość, tym mrokom świecąca.
Gdy cię kochać przestanę - co się ze mną stanie?

Złe myśli w moim sercu jak zgłodniała lwica,
Jak pod wzrokiem pogromcy cichną pod twym wzrokiem.
O! wstępuj w moje serce kochaniem głębokiem, 
W dzień jak słońce palące, w noc - jak blask księżyca.

Mówisz, że gniew mam w oczach. Bo po nocy błądzę
I darmo wzrok mój światła w ciemnościach wygląda
Bo tyś jest razem piekło, gdzie rodzą się żądze,
I niebo, w którym miłość niczego nie żąda.

Lenistwo

Srebrne i czarne, 1924; Poezje zebrane, Toruń 1995

Bezmyślna moich grzechów nikczemność mnie nudzi,
Nie mogę nimi zapić mej duszy goryczy,
Nie umiem sam być z sobą, uciekam od ludzi.
A nuż jest Pan Bóg w niebie i wszystko to liczy?

Jak ptak chce lekko złożyć poranione skrzydła,
Przeklinam mój początek, a nie pragnę końca.
O! połóż mnie przed sobą na promienie słońca,
Ciało moje mnie męczy, dusza mi obrzydła.

Ach! Pan Bóg jest na pewno i nikczemnych sadzi,
A ufnych wyprowadza na gwiaździstą drogę.
I nie wie nikt, gdzie zajdzie, gdy po ziemi błądzi.
Lecz chcę teraz spoczynku. Modlić się nie mogę.
Jan Lechoń

Jan Lechoń (1899-1956)

Właściwie Leszek Serafinowicz, polski poeta, członek grupy Skamander, dramaturg. Urodził się 13 marca 1899 roku w Warszawie. Zdał egzamin dojrzałości w gimnazjum im. Emiliana Konopczyńskiego w roku 1916, w którym cztery lata wcześniej debiutował tomikiem wierszy Na złotym polu. Również w 1916 rozpoczął studia z filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Współredaktor czasopisma Pro Arte et Studio, 1918 współtwórca słynnego kabaretu literackiego Pod Picadorem, 1920 - grupy poetyckiej Skamander. 1926-1929 redaktor satyrycznego tygodnika Cyrulik Warszawski, 1929 sekretarz redakcji Pamiętnika Warszawskiego. 1930-1939 attaché kulturalny ambasady RP w Paryżu. Od 1940 w USA, 1943-1946 współredaktor Tygodnika Polskiego i współzałożyciel nowojorskiego Polskiego Instytutu Naukowego. Stały współpracownik londyńskich Wiadomości Polskich, Politycznych i Literackich.

Jeden z najbardziej popularnych poetów okresu międzywojennego. Debiutował w wieku lat 14 tomikami Na złotym polu (1913) i Po różnych ścieżkach (1914). Owocem współpracy 1917-1920 z tygodnikiem satyrycznym Sowizdrzał były m.in. zbiory Królewsko-polski kabaret (1918), Facecje republikańskie (1919, z A. Słonimskim).

W roku 1920 ukazał się Karmazynowy poemat, dzięki któremu zyskał znaczącą pozycję w życiu literackim. Sukces potwierdził tomik Srebrne i czarne (1924), po którym nastąpiło milczenie twórcze aż do wojny. Tak na prawdę sławę swą Lechoń zawdzięczał właśnie tym dwóm tomikom. Gdyby nawet nie napisał nic więcej, byłby wśród najznakomitszych. W wieku niespełna dwudziestu jeden lat zabłysnął jako gwiazda młodej poezji polskiej.

Wiersze patriotyczno-refleksyjne przeważają w zbiorach: Lutnia po Bekwarku (Londyn 1942), Aria z kurantem (Nowy Jork 1945), cykl Marmur i róże (w Poezjach zebranych, Londyn 1945). W swojej twórczości nawiązywał do tradycji romantycznej.

Dorobek w dziedzinie eseistyki i publicystyki to: szkice i recenzje 1930-1938 drukowane w Gazecie Polskiej i zebrane w Portretach ludzi, książek i zdarzeń, które nie ukazały się w formie książkowej z powodu wybuchu wojny 1939, a także cykl prelekcji O literaturze polskiej (Londyn 1942, uzupełnione: Nowy Jork 1946), szkice o USA i tamtejszej kulturze Aut Caesar aut Nihil (Londyn 1955), prace o A. Mickiewiczu i J. Słowackim. Niedokończone utwory dramatyczne i powieść Bal u senatora opublikowano w zbiorze Fragmenty dramatyczne (1978). Także m.in. Listy do Anny Jackowskiej (1977), Poezje (1957), Poezje wybrane (1977).

W 1949 roku rozpoczyna pisać swój Dziennik, prowadzony  z podziwu godną regularnością przez siedem lat, zawierający wiele interesujących wspomnień oraz refleksji o literaturze i sztuce. Jest to dokument codziennych prac, trosk, zapis refleksji, wspomnień i tęsknot, wreszcie diariusz narastającego dramatu wewnętrznego poety, zakończonego tragicznie samobójcza śmiercią w Nowym Jorku w 1956.