Konstandinos Kawafis
Spis rzeczy
- W tej samej przestrzeni
- Tak, jak możesz
- Pragnienia
- Okna
- U kresu
- Gdy strażnik ujrzał światło
- Che fece... il gran rifiuto
- Czekając na barbarzyńców
- Sztuczne kwiaty
- Z szuflady
- Wracaj
- Modlitwa
- Tajniki
- Dodawanie
- Mury
- Miasto
- Głosy
- Dni 1903
- Zapomnienie
- Itaka
- O autorze...
Wszystkie poniższe wiersze przełożył z greki Zygmunt Kubiak.
W tej samej przestrzeni
Στον ίδιο χώρο
▲W przestrzeni wokół domu — kawiarnie, ulice —
na którą patrzę i po której chodzę, przez lata i lata.
Ja ciebie utworzyłem w radości i w smutku,
z tyloma zdarzeniami, z tyloma sprawami.
Ty cała się w uczucie przemieniłaś, dla mnie.
Tak, jak możesz
Οσο μπορείς
▲Jeśli nie możesz ukształtować swego życia
tak, jak chcesz, przynajmniej o to się staraj
tak, jak możesz: aby go nie upodlić
w ciągłym ze światem obcowaniu
w bieganiu i gadaniu.
Upodliłbyś je, wlokąc to w prawo, to w lewo,
obnosząc je dokoła, zanurzając
w te spotkania towarzyskie, te bankiety
w tę głupotę codzienną,
ażby się stało obcym dla ciebie brzemieniem.
Pragnienia
Επιθυμίες
▲Pięknym ciałom umarłych, których nie tknęła starość
i zamknięto je, płacząc, w mauzoleum wspaniałym,
gdzie kwiaty, u głowy róże, u stóp jaśmin —
podobne są pragnienia, które niewypełnione
przeminęły, rozkoszy ani jedną nie obdarzone
nocą, ani promiennym jej brzaskiem.
Okna
Τα παράθυρα
▲W ciemnych pokojach, w których moje dni mozolne
przeżywam, ciągle chodzę od ściany do ściany,
próbując znaleźć okna. To będzie pociecha,
kiedy choć jedno okno wreszcie się otworzy.
Lecz żadnych okien nie ma albo ich nie umiem
znaleźć. I może lepiej, że ich nie znajduję.
Może światło okaże się nową tyranią.
Któż to wie, jakie rzeczy nieznane odsłoni.
U kresu
Τελειωμένα
▲Wśród lęków i podejrzeń,
z zamętem w myślach, z trwogą w oczach,
rozpaczliwie szukamy jakichkolwiek sposobów,
aby uniknąć oczywistej grozy,
która jest tuż przed nami.
A jednak się mylimy: nie ma jej na naszej drodze.
Wieści kłamały
(a może ich nie było albośmy ich nie pojęli).
Zupełnie inna klęska, nigdy nie przeczuwana,
nagle jak burza na nas spada
i nie przygotowanych — a czasu już brak — zagarnia.
Gdy strażnik ujrzał światło
Όταν ο Φύλαξ είδε το Φως
▲Zimą, latem — na dachu pałacu Atrydów
siedział Strażnik. I oto dobrą ma nowinę.
Ujrzał, jak ogień wielki rozjarzył się w dali.
Cieszy się. I mordęga już dobiegła końca.
To nie jest takie łatwe, czuwać dniem i nocą,
i w upale, i w zimnie, wypatrywać światła
na szczycie Arachnajon. Upragniony sygnał
wreszcie rozbłysnął. Ale gdy szczęście przychodzi,
zazwyczaj niesie radość mniejszą niż ta, której
czekano. Lecz to jedno zyskiem: że jesteśmy
od nadziei już wolni i oczekiwania.
Wiele rzeczy się stanie w pałacu Atrydów.
Nie trzeba nawet jakiejś szczególnej bystrości,
aby to przewidywać teraz, kiedy Strażnik
ujrzał światło. Więc raczej nie trzeba przesadzać.
Dobre jest światło, dobrzy są i ci, co idą;
słowa i czyny owych ludzi też są dobre.
Ufajmy, że się wszystko ułoży pomyślnie.
Ale to Argos nawet bez domu Atrydów
będzie trwać. Domy nie są wieczne. O tych sprawach
wielu na pewno ludzi będzie wiele mówić.
My słuchajmy. Lecz zwieść się nie dajmy takimi
słowami jak Niezbędny, Jedyny i Wielki.
Bo tak samo niezbędny, jedyny i wielki
wyłoni się ktoś inny już w następnej chwili.
Che fece... il gran rifiuto
Che fece... il gran rifiuto
▲„który dokonał […] wielkiej odmowy”
Poscia ch'io v'ebbi alcun riconosciuto,
vidi e conobbi l'ombra di couli
che fece per viltade il gran rifiuto.
Dla niektórych ludzi przychodzi taka godzina,
Kiedy muszą powiedzieć wielkie Tak
albo wielkie Nie. Od razu widać, kto z nich w sobie ma
gotowe Tak. Wypowiedziawszy je, coraz wyżej się wspina.
Wzrasta i w ludzkiej czci, i w zaufaniu do samego siebie.
Ten, kto powiedział Nie — nie żałuje. Gdyby zapytali go, czy chce
odwołać je, nie odwoła. Ale właśnie to Nie —
to słuszne Nie — na całe życie go grzebie.
Czekając na barbarzyńców
Περιμένοντας τους βαρβάρους
▲Na cóż czekamy, zebrani na rynku?
Dziś mają tu przyjść barbarzyńcy.
Dlaczego taka bezczynność w senacie?
Senatorowie siedzą — czemuż praw nie uchwalą?
Dlatego że dziś mają przyjść barbarzyńcy.
Na cóż by się zdały prawa senatorów?
Barbarzyńcy, gdy przyjdą, ustanowią prawa.
Dlaczego nasz cesarz zbudził się tak wcześnie
i zasiadł — w największej z bram naszego miasta —
na tronie, w majestacie, z koroną na głowie?
Dlatego że dziś mają przyjść barbarzyńcy.
Cesarz czeka u bramy, aby tam powitać
ich naczelnika. Nawet przygotował
obszerne pismo, które chce mu wręczyć —
a wypisał w nim wiele godności i tytułów.
Czemu dwaj konsulowie nasi i pretorzy
przyszli dzisiaj w szkarłatnych, haftowanych togach?
Po co te bransolety, z tyloma ametystami,
i te pierścienie z blaskiem przepysznych szmaragdów?
Czemu trzymają w rękach drogocenne laski,
tak pięknie srebrem inkrustowane i złotem?
Dlatego że dziś mają przyjść barbarzyńcy,
a takie rzeczy barbarzyńców olśniewają.
Czemu retorzy świetni nie przychodzą, jak zwykle,
by wygłaszać oracje, które ułożyli?
Dlatego że dziś mają przyjść barbarzyńcy,
a ich nudzą deklamacje i przemowy.
Dlaczego wszystkich nagle ogarnął niepokój?
Skąd zamieszanie? (Twarze jakże spoważniały.)
Dlaczego tak szybko pustoszeją ulice
i place? Wszyscy do domu wracają zamyśleni.
Dlatego że noc zapadła, a barbarzyńcy nie przyszli.
Jacyś nasi, co właśnie od granicy przybyli,
mówią, że już nie ma żadnych barbarzyńców.
Bez barbarzyńców — cóż poczniemy teraz?
Ci ludzie byli jakimś rozwiązaniem.
Sztuczne kwiaty
Τεχνητά Άνθη
▲Nie chcę prawdziwych narcyzów – ani lilia białą
nie zachwycę się, ani róż nie pochwalę.
To zwykłych, banalnych ogrodów ozdoby. Ich ciało
męczy mnie gorzko i boli.
Ciąży mi piękno jego zniszczalne.
Dajcie mi kwiaty sztuczne – chwałę szkła i metali,
co nie więdną, starości nie znają,
kwiaty ze wspaniałych ogrodów innego kraju,
gdzie Kontemplacja, Wiedza, Rytmy władają.
Kocham kwiaty ze szkła i ze złota ukształtowane,
niezawodna dary, jakie Sztuka niezawodna urzeczywistni,
w barwach piękniejszych od barw naturalnych skąpane,
z masy perłowej, z emalii wypracowane,
z idealnymi łodygami i liśćmi.
Ich wdzięk – ze Smaku mądrego, najczystszego. Z dala
od prochu i błota rosną, żaden brud ich nie kala.
Jeśli nie mają woni, olejkiem je skropimy
i mirra naszych uczuć zapłonie przed nimi.
Z szuflady
Απ'το Συρτάρι
▲Zamierzałem powiesić ją na ścianie mego pokoju.
Ale ją skaziła wilgoć w szufladzie.
Nie będę oprawiał tej fotografii.
Powinienem był pilnować jej troskliwiej.
Te wargi, ta twarz —
o, gdyby choć na jeden dzień, na jedną tylko godzinę
mogła wrócić ich przeszłość.
Nie będę oprawiał tej fotografii.
Nie byłbym zdolny patrzeć na nią, tak skażoną.
A zresztą nawet gdyby nie była uszkodzona,
męczyłoby mnie ciągłe uważanie na to,
by jakieś przypadkowe słowo, coś w brzmieniu mego głosu
nie zdradziło mnie — gdyby ktoś o nią zapytał.
Wracaj
Επέστρεφε
▲Wracaj często i zagarniaj mnie,
uczucie, które kocham, wracaj i mnie zagarniaj —
gdy się roznieca w ciele pamięć
i we krwi pulsuje dawne pragnienie,
gdy wargi i skóra pamiętają,
a rękom się zdaje, że dotykają znów.
Wracaj często i mnie zagarniaj w nocy,
gdy wargi i skóra pamiętają...
Modlitwa
Δέησις
▲Morze młodego żeglarza wchłonęło w toń głęboką.
Jago matka, o niczym nie wiedząc, zapala świecę wysoką.
Przed Matką Bożą stawia płonącą świecę woskową,
by wrócił prędko, by dobre dni zaświtały na nowo.
I ciągle nasłuchuje odgłosów wiatru, skupiona.
A kiedy tak się modli, kiedy tak prosi, ikona,
poważna i smutna, spogląda na nią ze ściany.
Ona wie, że nie wróci ten syn wyczekiwany.
Tajniki
Κρυμμένα
▲Niech z czegokolwiek, com mówił i czynił,
nikt nie próbuje odczytać, kim byłem.
Przeszkoda legła, która przemieniała
i moje czyny, i mój sposób życia.
Przeszkoda, która nieraz moje usta
zamurowała, gdym zaczynał mówić.
Jedynie z czynów najmniej dostrzegalnych,
z zapisków, którem najskrzętniej osłonił —
tylko w nich będzie można mnie zrozumieć.
Ale to może nie jest warte trudu
ani starania — poznać, jaki byłem.
W przyszłości, w społeczeństwie doskonalszym,
ktoś inny zjawi się — właśnie taki ja
ukształtowany — aby żyć swobodnie.
Dodawanie
Πρόσθεσις
▲Czy jestem szczęśliwy, czy nieszczęśliwy, tego nie badam.
Ale to jedno zawsze z radością w pamięci chowam:
że w wielkim – czynionym przez tych, których nie cierpię – dodawaniu,
obejmującym tyle cyfr, ja z pewnością nie jestem
cyfrą jedną z wielu. W całość sumy
mnie nie wliczono. I ta mi radość wystarcza.
Mury
Τείχη
▲Nie myśląc, co mi czynią, bez wstydu i litości,
zbudowali dookoła mnie mury wysokie, wielkie.
I teraz siedzę tu, i męczę się w beznadziejności,
i o niczym już innym nie myśli umysł żarty przez mękę.
Kiedy wznosili mury, czemuż byłem uległy?
Przecież miałem tam w świecie do zrobienia tak wiele.
Lecz żadne głosy murarzy do uszu mych nie dobiegły.
Nie uchwyciłem tej chwili, gdy mnie od świata odcięli.
Miasto
Η Πόλις
▲Powiedziałeś: „Pojadę do innej ziemi, nad morze inne.
Jakieś inne znajdzie się miasto, jakieś inne miejsce.
Tu już wydany jest wyrok na wszystkie moje dążenia
i pogrzebane leży, jak w grobie, moje serce.
Niechby się umysł podźwignął wreszcie z odrętwienia.
Tu, cokolwiek wzrokiem ogarnę,
ruiny mego życia czarne
widzę, gdziem tyle lat życia przeżył, stracił, roztrwonił”.
Nowych nie znajdziesz krain ani morza.
To miasto pójdzie za tobą. Zawsze w tych samych dzielnicach
będziesz krążył. W tych samych domach włosy ci posiwieją.
Zawsze trafisz do tego miasta. Będziesz chodził po tych samych ulicach.
Nie ma dla ciebie okrętu — nie ufaj próżnym nadziejom —
nie ma drogi w inną stronę.
Jakeś swoje życie roztrwonił
w tym ciasnym kącie, tak je w całym świecie roztrwoniłeś.
Głosy
Φωνές
▲Wymarzone, ukochane głosy
tych, co umarli, albo tych, co dla nas
tak są straceni, jak umarli.
Czasem do nas przemawiają w snach
czasem je w zadumaniu słyszy umysł.
A z ich brzmieniem powraca na chwilę
dźwięki najpierwszej naszego życia poezji,
jak muzyka, która nocą, gdzieś w dali, dogasa.
Dni 1903
Μέρες του 1903
▲Już ich nigdy nie odnalazłem — tak szybko utraconych...
tych oczu pełnych poezji, tej młodej twarzy...
gdy się ściemniało na ulicy...
Już ich nigdy nie odnalazłem — podarował mi je zwykły przypadek,
a ja tak łatwo się ich wyrzekłem,
a potem w takiej męce za nimi tęskniłem.
Tych oczu pełnych poezji, tej bladej twarzy,
tych warg — już nigdy nie odnalazłem.
Zapomnienie
Λήθη
▲pod szkłem, kwiaty zapominają, jaką słońce
jasnością płonie
i czym są powiewy rzeźwe, nad łąką tchnące.
Itaka
Ιθάκη
▲Jeśli wyruszasz w podróż do Itaki,
pragnij tego, by długie było wędrowanie,
pełne przygód, pełne doświadczeń.
Lajstrygonów, Cyklopów, gniewnego Posejdona
nie obawiaj się. Nic takiego
na twojej drodze nie stanie, jeśli myślą
trwasz na wyżynach, jeśli tylko wyborne
uczucia dotykają twego duchai ciała.
Ani Lajstrygonów, ani Cyklopów,
ani okrutnego Posejdona nie spotkasz,
jeżeli ich nie niesiesz w swojej duszy,
jeśli własna twa dusza nie wznieci ich przed tobą.
Pragnij tego, by wędrowanie było długie:
żebyś miał wiele takich poranków lata,
kiedy, z jaka uciechą, z jakim rozradowaniem,
będziesz podpływał do portów, nigdy przedtem nie widzianych;
żebyś się zatrzymywał w handlowych stacjach Fenicjan
i kupował tam piękne rzeczy,
masę perłowa i koral, bursztyn i heban,
i najróżniejsze, wyszukane olejki —
ile ci się uda zmysłowych wonności znaleźć.
Trzeba też, byś egipskich miast odwiedził wiele,
aby uczyć się i jeszcze się uczyć — od tych, co wiedzą.
Przez cały ten czas pamiętaj o Itace.
Przybycie do niej — twoim przeznaczeniem.
Ale bynajmniej nie śpiesz się w podróży.
Lepiej, by trwała ona wiele lat,
abyś stary już był, gdy dobijesz do tej wyspy,
bogaty we wszystko, co zyskałeś po drodze,
nie oczekują wcale, by ci dała bogactwo Itaka.
Itaka dała ci tę piękną podróż.
Bez Itaki nie wyruszyłbyś w drogę.
Niczego więcej już ci dać nie może.
A jeśli ja znajdujesz ubogą, Itaka cię nie oszukała.
Gdy się stałeś tak mądry, po tylu doświadczeniach,
już zrozumiałeś, co znaczą Itaki.
Konstandinos Kawafis (Κωνσταντίνος Π. Καβάφης, 1863-1933)
To co teraz piszę, brzmi pewnie bardzo trywialnie, ale te najprostsze słowa są za razem jedynymi, na jakie mnie stać przy takiej poezji: wiersze tego Aleksandryjczyka zmieniły diametralnie moje życie. Podarował mi je ktoś kilka lat temu i od tego czasu, choć radości w moim życiu nie przybyło (a wręcz przeciwnie), dzięki nim, dzięki tym wierszom, odnalazłem spokój, właściwą drogę... ale i bezsenność, jakiś dziwny żal za tym, czego nie można opisać, bo złość na świat nie jest trafnym rozwiązaniem. Życia nie można brać garściami, nie można go też zaakceptować, nie do końca, to nie jest możliwe jeśli ktoś za dużo widzi i czuje - ale można przyjmować każdy dzień tak, by sobie nic później nie zarzucać, by nie mieć żalu do samego siebie, by można było rano wstać i bez wstydu spojrzeć w lustro.
Największy poeta greckich czasów nowożytnych urodził się i zmarł w Aleksandrii i to tego samego dnia roku - 29 kwietnia - cóż za zgodność miejsca i czasu! Twórca kunsztownej poezji w duchu tzw. parnasizmu i symbolizmu, jako rzecze encyklopedia. Pozostający pod silnym wpływem literatury starożytnej. Język jego poezji jest trudny, nawiązujący do różnych historycznych tradycji, np. do słownictwa Bizancjum. Debiutował zbiorem wierszy Piimata w 1904 roku. W Polsce wydano Wybór wierszy 1967), Poezje wybrane (1979), wreszcie Wiersze zebrane (1995) - efekt wieloletniej pracy Zygmunta Kubiaka. Zobacz kompletny spis publikacji książkowych.
Rodzina o nazwisku Kawafis (Καβαφεσ, w transkrypcji literowej Kabaphes), które wywodzi się od tureckiego słowa kavaf (co znaczy „sprzedawca obuwia”), należała do greckiej diaspory, żyła niegdyś daleko na Wschodzie, prawdopodobnie na pograniczu Iranu i Armenii. Dziadek poety, Joanis Kawafis (1779-1844), był w Konstantynopolu dosyć zamożnym kupcem. Najstarszego syna, Jorgosa, wyprawił w 1827 do Anglii, aby pracował w grecko-angielskiej firmie handlowej; w 1834 roku Jorgos poślubił córkę jednego z właścicieli firmy. W 1836 podążył do niego młodszy brat, Petros (urodzony w 1814 roku w Salonikach, zmarł 10 sierpnia 1870 w Aleksandrii) - ojciec przyszłego poety. Pracował w kilku miejscach w Anglii, potem dużo podróżował po Europie, w tym czasie zawarł być może małżeństwo, z którego nie było dzieci. W roku 1849, przypuszczalnie jako wdowiec, odwiedził rodzinny Konstantynopol i przebywał w domu matki. Poznał wówczas i poślubił młodziutką Chariklię (1835-1899), najstarszą córkę Jorgosa Fotiadisa (1800-1896), kupca handlującego diamentami. Ślub i wesele odbyło się w kwietniu 1849 roku w miejscowości Nichori nad Górnym Bosforem.
Na początku czerwca roku 1850 urodził im się pierwszy syn, Jorgos (1850-1900). W tym samym roku wyjeżdżają w trójkę do Anglii i przyjmują obywatelstwo brytyjskie. Mieszkali początkowo w Londynie. W 1851 Chariklia urodziła drugiego syna Petrosa (1851-1891). W 1852 roku rodzina przeniosła się do Liverpoolu, gdzie rok później przyszedł na świat trzeci syn, Aristidis (1853-1902). W 1855 los zawiódł ich do Aleksandrii w Egipcie, którą Petros Senior uczynił odtąd ośrodkiem swoich interesów handlowych. Wynajął, na mieszkanie rodziny i siedzibę firmy, dom przy ówczesnym placu Konsulów (dziś Midan el Tahrir - plac Wyzwolenia). Niebawem stał się jednym z największych kupców w Aleksandrii, mającym agendy w różnych miastach Egiptu, stale powiązanym interesami z Anglią, gdzie nadal przebywał jego starszy brat Jorgos. Petros handlował zbożem i bawełną.
W Aleksandrii urodziły się następne dzieci: Eleni (1855-1856), Aleksandros (1856-1905), Pawlos (1858-1859) i Pawlos II (1860-1920), wreszcie Joanis (1861-1923). W tymże roku rodzina przeprowadziła się do zamożnej dzielnicy handlowej w północnej części miasta, gdzie przy ulcy Chérif Paszy (dziś Salah Salem) w pobliżu Giełdy Petros wynajął wielki dom. Rodzina zajmowała całe pierwsze piętro, czyli bel étage, na parterze były zaś biura firmy. Podczas następnej ciąży Chariklia spodziewała się córki, która miała była ją pocieszyć po stracie żyjącej tylko rok Eleni.
blog comments powered by Disqus