Zbigniew Herbert: rok 1950
Krzysztof Karasek
„Rzeczpospolita”, 31 lipca 1999
Debiut Herberta nie odbył się wśród gromkich fanfar, wśród porykiwań trzódki krytycznej, która na ogół zwraca się tam, gdzie "pokolenie", a nie indywidualny, samotny głos pisarza. Zwłaszcza zaś w owym czasie - a dla poety, jak powiada H?lderlin, jest on zawsze "czasem marnym" - który znikczemniał i anonimował twórczość, wszystkie wiersze, wszystkie debiuty wyglądały tak, jakby pisała je jedna ręka.
Debiut Herberta odbył się na dwie raty. Choć dzieli je odległość zaledwie trzech miesięcy, i odległość opcji politycznej pism, w których drukował (pierwsza, 17 września 1950 roku w tygodniku "Dziś i Jutro", redagowanym przez Bolesława Piaseckiego, druga, 17-24 i 31 grudnia 1950, na łamach "Tygodnika Powszechnego" Jerzego Turowicza) należy je traktować jako jedną wypowiedź, otwierającą poecie drogę do czytelnika i pierwszy krok do późnego lauru. Dzielą je również, jak się zdaje, owe trzy miesiące ewolucji Herberta od redakcji "Dziś i Jutro" do redakcji "Tygodnika Powszechnego". O utożsamianiu się młodego poety z programami pism nie ma co mówić, raczej o kręgach światopoglądowych i towarzyskich, ewolucjach i przyjaźniach, znamienna jest tu dedykacja jednego z wierszy w drugim, "Tygodnikowym..." bloku: Jerzemu Zawieyskiemu, więc nie można powiedzieć, by debiut w "Dziś i Jutro" był z punktu widzenia dziś, lub wczoraj, czymś wstydliwym. Herbert debiutuje na tej samej rozkładówce, na której Jan Józef Szczepański drukuje przedostatni odcinek "Polskiej jesieni", przyjaźnie, kręgi towarzyskie w owych latach nie były tak zdecydowanie określone, jak to się dziś wydaje niektórym profesorom literatury, dla których fluktuacje z jednego kręgu do drugiego raz uznawane są za zdradę, raz za zmianę przyjaciół. Byli więc ci, którzy drukowali w "Dziś i Jutro", ci, którzy drukowali w "Tygodniku Powszechnym" i ci, którzy drukowali w obydwu pismach nie narażając się na ostracyzm towarzyski. Należy przypomnieć, że poza wszelkimi innymi różnicami były to pisma proweniencji katolickiej, więc z zasady opozycyjne do obowiązującej rzeczywistości, zwłaszcza rzeczywistości kulturalnej. Druk w nich traktowany był jako stoczenie się na bocznicę. Wszędzie panował wszechwładny socrealizm, więc były to jedyne wentyle literackiej rzeczywistości, zaś autorzy drukujący w nich traktowani byli przez tryumfującą jaczejkę socrealistycznego parnasu jako nieszkodliwe mamuty z minionej epoki.
Początek
O debiucie poetyckim Herberta krąży wiele mitów, poeta sam nie zaprzeczał im ani nie potwierdzał. Jakie były początki tej twórczości? Sam Herbert nagabywany przez fikcyjną reporterkę, we wstępie do swoich "Poezji wybranych" z roku 1973, w znanej serii "Biblioteki Poetów" LSW, mówi o tym następująco: "Zacząłem pisać w czasie wojny. Zamieszczony w tym tomie wiersz ČDwie kropleÇ nie jest, jeśli pamiętam, pierwszym, jaki napisałem, ale pierwszym, do którego mogę się po latach przyznać. Miałem wówczas kilkanaście lat. Była wojna. W czasie jednego z ciężkich bombardowań zbiegłem do schronu i wtedy na schodach zauważyłem w przelocie, gdyż pędzony byłem strachem - dwoje młodych ludzi, którzy całowali się. To było naprawdę niezwykłe w tej sytuacji. (...) Niezwykłe dlatego, że w takich jak opisałem sytuacjach, przerażenie wypełnia człowieka całego, każe mu zapomnieć o najbliższych. Obudzony w momentach fatalnego zagrożenia instynkt życia, wypełnia nas bez reszty szczurzym lękiem, jedyną wolą, aby ratować tylko siebie. A tymczasem, tych dwoje ludzi przeciwstawiało szalejącemu okrucieństwu kruchą potęgę miłości".
Wiersz wszedł do pierwszego tomu Herberta, "Struna światła" (1956) i do dziś rozpoczyna każde wydanie jego poezji. Wiersz ten, pokrętny znak losu, otwiera ważny nurt w poezji Herberta, którego krytyka, w chwili jego książkowego debiutu jakby nie zauważała. Nazwałbym go nurtem niepodległościowym. Choć "Struna światła" uważana była za demonstracyjny manifest klasycyzmu, nawiązania do greckiego i łacińskiego dziedzictwa, jest w istocie, a raczej chce być, Herbert nadaje jej wyraźnie taki charakter (pierwsze siedem, dziewięć wierszy tomu), wyznaniem dziecka wojny. Poeta przywołuje umarłych przyjaciół, poetów, zagładę miasta, w którym mieszkał, a dopiero potem umieszcza utwory "klasyczne": inwokacje "Do Apollina" i "Do Ateny", wiersz "O Troi", jakby chciał przez to odniesienie umieścić własne doświadczenie wojny, doświadczenie prymarne swojej poezji, we właściwej - według niego - perspektywie wyobraźni i we właściwych wymiarach.
W druku
Do tej samej grupy należą dwa wiersze, przedrukowane zresztą potem przez autora w "Strunie światła", z poetyckiego debiutu, tego z "Dziś i Jutro": "Pożegnanie września" i "Napis". Numer "Dziś i Jutro" nosi datę w pewnym sensie symboliczną dla Herberta, 17 IX 1950. "17 IX", taki jest tytuł ważnego wiersza, napisanego w ponad trzydzieści lat później, zamieszczonego w "Raporcie z oblężonego miasta". Wraz z pozostałymi pięcioma wierszami debiutu tworzą one ciekawą i prawdziwą panoramę wyobraźni Herberta w początkach jego poetyckiej kariery. O ile wiersze z "Dziś i Jutro" dotyczą historii i, w jakimś sensie, etyki, przedmiotem pomieszczonych w "Tygodniku Powszechnym" jest sztuka i tworzenie. Obydwa bloki określają przestrzeń zainteresowań poety: z jednej strony dług wobec historii i pamięci, z drugiej, próba ogarnięcia słowem rozpadłego świata, ogarnięcia, które ma moc może nie uzdrawiającą czy "ocalającą", ale, skromniej, łagodzi ból istnienia. Muzyka, sztuka, jest w nich pomieszana, należałoby raczej powiedzieć stopiona, z metafizyką, choć się o niej tu bezpośrednio nie mówi. Bo czymże innym jest Jan Sebastian z wiersza dedykowanego Jerzemu Zawieyskiemu, co w końcu "znajduje klucz do nieba /którym otwierał tylko pięciolinie". Tak i młodzi poeci "ponad zamęt świata zatopione barwy/... i nietrwałość słów" słyszeć powinni "głos jedyny głos który nas woła". "Czy muzyka jest oddechem /ust pełnych dźwięków i westchnienia", pyta w innym wierszu ("Powietrze mieszka w instrumentach"). I konstatuje: "nie jest dla nas zaprzeczeniem (...) To co powtarza niebo ziemi / Na krajobrazów dnie i oczu."
Szczególne miejsce wśród owych siedmiu debiutanckich wierszy Herberta zdaje się zajmować nie przedrukowany nigdy przez autora "Złoty środek", w pewnym sensie manifest poety; wiersz równie tajemniczy co nie poddający się jednoznacznym interpretacjom. Przyczyną, dla której Herbert nigdy go nie przedrukował, wydaje się być osobisty ton wypowiedzi autora w tym wierszu, więc to, co go później tak drażniło w poezji, czego się wystrzegał, a do czego powrócił w ostatnim tomie, "Epilogu burzy"; ujawniona demonstracyjnie podmiotowość (wiersz jest w pewnym sensie wyznaniem "zasad"). Z jednej strony są ci, "co wierzą w koniec świata", ci co "śnią", z drugiej ci, co "nie wierzą w koniec świata", co "mówią że ziemia jest okrągła". Ci, co "zmyślają początek" (uczeni) i ci, co "wrzeszczą koniec" (prorocy). Sam poeta wydaje się być pełen dystansu zarówno do jednych, jak i drugich. "Nocami / żłopię powietrze / czyste bez snów", pisze. W innym zaś miejscu: "My uderzymy w środek / zaciszny jak kropla tłuszczu". Więc ów balans - by nie rzec sprzeczność - między "ja" a "my" czy czegoś jeszcze nam nie mówi? Czy nie ma uzmysłowić nam, że ten, który "nocami / żłopie powietrze / czyste bez snów" przekroczył - może - niebezpiecznie granicę pomiędzy "ja" a "my" (znamy wszystkie niebezpieczne konotacje słowa "my" w poezji). Jednak wniosek ten wydaje się zbyt prosty, skoro Herbert - trzymając się konsekwentnie słów wiersza - stwierdza w końcu, że "ten kto uderza w środek" nie jest tożsamy z "człowiekiem środka". Tajemniczy, zagadkowy wiersz, prowokujący do interpretacji.
Szuflada
Debiut jest dla pisarza zawsze jakąś magiczną granicą, której przekroczenie otwiera lub zamyka piszącego. Wyłania z anonimowości i stawia bezpośrednio, twarzą w twarz z czytelnikiem, a także z sobą. Konfrontuje go w sposób nieraz bolesny i okrutny, stawia "w ostrym świetle sofoklejskim" wobec głosów innych, którzy nas mogą oglądać, krytykować, wyśmiewać i nic na to nie możemy poradzić. Zwłaszcza debiut poety łączy się z wyjątkowym ryzykiem: trzeba być bezwstydnym, żeby odważyć się wystawiać siebie, nagiego, na spojrzenia innych. Można by powiedzieć, że debiut odcina nas bezpośrednio i nieodwołalnie od tego, czym byliśmy przedtem, od tej piszącej dla siebie poczwarki literackiej i odsłania w sposób nie dający się ukryć. Czytając dobrych poetów mamy wrażenie, jakby odsłaniali się i zasłaniali jednocześnie. Jeden zasłania się, by odsłonić, drugi odsłania, by zasłonić, te dwie szkoły wiodą spór w poezji, do tego służą im różne tropy, różne techniki i formy literackie, wstyd i bezwstyd są tu związane ze sobą nierozerwalnym węzłem.
Herbert jest od początku poetą dojrzałym, należy do tych, którzy zasłaniają się, aby odsłonić, więc choć ma się wrażenie, jakby u nikogo nie terminował (Horacy powiada, że poeta nie powinien pokazywać nikomu przez dziewięć lat swoich wierszy; horacjański "termin"), ma wyjątkową świadomość "terminu". W swoim pięknym wierszu ze "Studium przedmiotu" (1961) zatytułowanym "Szuflada" mówi o tym w sposób jakże kunsztowny i - wyjątkowo u niego - bezpośredni:
tu były zasuszone łezki
zastygła w buncie pięść i papier
na którym w zimną noc pisałem
młodzieńczy śmieszny mój testament
a teraz pusto wymieciono
sprzedałem łzy i pięści grono
na targowisku miało cenę
niewielka sława trochę groszy
i nic już teraz snu nie płoszy
i już nie dla mnie wszy i beton
pukam do ciebie otwórz przebacz
nie mogłem dłużej milczeć sprzedać
musiałem kamień mej niezgody
taka jest wolność trzeba znowu
wymyślać i obalać bogów
gdy już się z pleśnią zmaga cezar.
Można by powiedzieć, że życie poety dzieli on na "przed szufladą" i "po szufladzie", kiedy to szuflada zostaje opróżniona. Herbert doskonale chwyta ową granicę w życiu poety, kiedy wszystko było "przed" lub "po". Kiedy życie, słowo, własne istnienie czuło się jako możliwość, obietnicę, potencjalny byt, i odcięcie od niego faktem druku; faktem, więc już czymś "po". Jakieś zarysy epistemologii twórczości odsłania i określa ten autotematyczny wiersz, który przecież można by uznać, potraktować także jako wiersz " z łezką w oku", żartobliwie-sentymentalny liryk, mrugający okiem do przeszłości. "Przed szufladą" bowiem, to okres magicznego skupiania sił, "po szufladzie", zauważalnego wprawdzie istnienia, w pewnym sensie zrealizowanego bytu, który jednak w tej realizacji się gubi, nie w pełni odnajduje siebie.
blog comments powered by Disqus