Max Frisch
Homo Faber (Homo Faber. Ein Bericht)
Warszawa, 1959, tłum. Irena Krzywicka

Nie chciałem niweczyć jej nadziei, że Tivoli przechodzi wszystko, co kiedykolwiek na świecie widziałem, i że na przykład popołudnie spędzone w Tivoli jest szczęściem do kwadratu; tylko że nie mogłem w to wierzyć. Jej stała troska, że nie biorę jej poważnie, była niesłuszna; sam siebie nie brałem poważnie i zawsze coś pobudzało mnie do zazdrości, choć starałem się być młody. [s. 161]
…kiedy Sabeth zapytała, czy ja to mówię na serio, pocałowałem ja w czoło, potem w zimne i drżące powieki, drżała na całym ciele, potem w usta – i przeląkłem się. Była mi bardziej obca, niż jakakolwiek inna dziewczyna. Jej półotwarte usta – to było nie do zniesienia; scałowałem łzy z jej oczu, nie było nic do powiedzenia, to było niemożliwe. [s. 141]
Do najszczęśliwszych chwil, jakie znam, należą te, kiedy opuszczam jakieś towarzystwo, wsiadam do swego wozu, zatrzaskuję drzwiczki i wtykam kluczyk, nastawiam radio, zapalam papierosa zapalniczką, włączam bieg i stopą przyciskam gaz; obcowanie z ludźmi stanowi dla mnie pewien wysiłek, również z mężczyznami. Co się tyczy nastrojów, to nie poddaję się im, jak powiedziałem. Czasem człowiek się rozkleja, ale potem z powrotem zbiera się do kupy. Objawy zmęczenia! Podobnie jak ze stalą. Uczucia, stwierdziłem to, są tylko objawami zmęczenia, nic więcej, w każdym razie u mnie. I wtedy klapa! Wtedy na samotność nie pomaga nawet pisanie listów. To nic nie zmienia; słyszy się potem tylko własne kroki w pustym mieszkaniu. I jeszcze gorzej: głośnik radiowy, który zachwala pokarm dla psów, proszek do pieczenia czy co tam jeszcze, nagle milknie. Do usłyszenia jutro rano! A jest dopiero druga. Wtedy gin, choć jak ginu, tak tylko, żeby pić, nie znoszę, potem głosy z ulicy, klaksony albo łoskot kolejki podziemnej, od czasu do czasu warkot samolotów - to zresztą wszystko jedno. Zdarza się, że po prostu zasypiam z gazetą na kolanach, papieros na podłodze. Podrywam się. Po co? Jeszcze jakaś późna audycja symfoniczna, którą wyłączam. I co dalej? Wtedy stoję po prostu z kieliszkiem ginu, którego nie znoszę, i piję; stoję, żeby nie słyszeć kroków w mieszkaniu, tylko moich własnych kroków. To wszystko nie jest tragiczne, tylko męczące: nie można sobie samemu powiedzieć dobranoc... [s. 136]
Zdenerwowało mnie jej przypuszczenie, ze jestem smutny, bo samotny. Jestem przyzwyczajony do samotnych podróży. Żyję, jak każdy prawdziwy mężczyzna, swoją pracą. Przeciwnie, nie mam zamiaru tego zmieniać i uważam się za szczęśliwego mogąc mieszkać sam, moim zdaniem to jedyna możliwa sytuacja dla mężczyzny; lubię sam się budzić i móc nie mówić ani słowa. Gdzie jest kobieta zdolna to zrozumieć? Już pytanie, jak spałem, irytuje mnie, bo myślami jestem już dalej, przyzwyczajony planować naprzód, a nie cofać się myślami wstecz. Czułości wieczorem – owszem, ale czułości rano są po prostu nie do zniesienia i więcej niż trzy czy cztery dni spędzone z kobietą byłyby dla mnie, otwarcie mówiąc, zawsze początkiem obłudy. Sentymenty od rana – tego nie zniesie żaden mężczyzna. To już lepiej samemu zmywać! [s. 134]
Powinniśmy byli Joachima (myślałem o tym często) nie grzebać w ziemi, tylko spalić. Ale tego już nie można było zmienić. Marcel miał zupełną rację: ogień jest czymś czystym, a ziemia to błoto po jednej jedynej burzy (takiej, jaką przeżyliśmy w drodze powrotnej), zgnilizna pełna pchających się do życia zarodków, śliska jak wazelina, kałuże w zorzy porannej niby kałuże brudnej krwi, krwi miesiączkowej, kałuże pełne salamander, nic tylko czarne główki z wijącymi się ogonkami, jak rój plemników, właśnie takie to wszystko - okropne. [s. 100]
Moje mieszkanie w Central Park West było dla mnie już od dawna za drogie, dwa pokoje z ogródkiem na dachu, wyjątkowe położenie, bez wątpienia, ale o wiele za drogie, kiedy się nie jest zakochanym — [s. 86]
blog comments powered by Disqus