Albert Camus
Dżuma
Warszawa
Zło płynie niemal zawsze z niewiedzy, dobra wola zaś może wyrządzić tyleż szkód, co niegodziwość, jeśli nie jest oświecona. Ludzie są raczej dobrzy, niż źli, i w gruncie rzeczy nie o to chodzi...
Ecoutant, en effet, les cris d'allégresse qui montaient de la ville, Rieux se souvenait que cette allégresse était toujours menacée. Car il savait ce que cette foule en joie ignorait, et qu'on peut lire dans les livres, que le bacille de la peste ne meurt ni ne disparaît jamais, qu'il peut rester pendant des dizaines d'années endormies dans les meubles et le linge, qu'il attend patiemment dans les chambres, les cares, les malles, les mouchoirs et les paperasses, et que, peut-etre, le jour viendrait ou, pour le malheur et l'enseignement des hommes, la peste réveillerait ses rats et les enverrait mouvoir dans une cité heureuse.
Notatniki do powieści Obcy
[w:] Obcy, (L'Étranger), Warszawa, tłum. Joanna Guze
Co oznacza to nagłe przebudzenie - w tym ciemnym pokoju - razem z hałasami miasta, które nagle staje się obce? I wszystko jest mi obce, wszystko, ani jednej istoty do mnie należącej, ani miejsca, w którym zasklepiłaby się ta rana. Co ja tu robię, do czego odnoszą się te gesty, te uśmiechy? Ja jestem nie stąd, ani skądinąd. I świat jest już tylko nieznanym krajobrazem, w którym serce moje nie znajduje oparcia. Obcy - kto może wiedzieć, co to słowo znaczy. [s. 56]
Pomiędzy Tak i Nie (Entre oui et non)
[w:] Orzeł i reszka, (L’envers et l’endroit)
Usiedli naprzeciw siebie w milczeniu. Ich spojrzenia spotkały się:
– No tak, mamo.
– No tak.
– Nudzisz się? Nie mówię dużo?
– Nigdy nie mówiłeś dużo.
I piękny uśmiech, w którym nie biorą udziału usta, zagarnia jej twarz. To prawda, nigdy z nią nie mówił. Ale po co, doprawdy? Gdy się milczy, sytuacja staje się jasna. Jest jej synem, ona jest jego matką. Może mu powiedzieć: „Wiesz”.
Siedzi na skraju kanapy, stopy przy sobie, ręce założone na kolanach. On na krześle; czasem na nią spogląda i pali bez przerwy. Cisza.
– Nie powinieneś tyle palić.
– To prawda.
Zapachy dzielnicy wchodzą przez okno. Harmonia z sąsiedniej kawiarni, przyśpieszony ruch wieczora, zapach mięsa pieczonego na rożnie, które wkłada się pomiędzy dwa kawałki ciągnącej się bułki, dziecko płaczące na ulicy. Matka wstaje i bierze robotę na drutach. Palce ma zesztywniałe, zniekształcone przez artretyzm. Nie pracuje szybko: trzykrotnie nabiera to samo oczko i kiedy pruje cały rządek, słychać głuchy szmer.
– To będzie kamizelka. Przypnę do niej biały kołnierzy. To i mój czarny płaszcz wystarczą mi na całą jesień.
Wstała, żeby zapalić światło.
– Teraz ściemnia się wcześnie.
To prawda. Nie było już lato, a jeszcze nie jesień. W spokojnym niebie pokrzykiwały jeżyki.
– Przyjdziesz niedługo?
– Przecież jeszcze jestem. Dlaczego o tym mówisz?
– Nie, to tak tylko, żeby coś powiedzieć.
Przejeżdża tramwaj, samochód.
– Czy to prawda, że jestem podobny do ojca?
– O, wykapany ojciec. Nie znałeś go, naturalnie. Miałeś pół roku, kiedy umarł. Ale gdybyś miał mały wąsik!
Bez przekonania mówił o ojcu·. Żadnego wspomnienia, żadnego wzruszenia. Na pewno taki sam człowiek jak wielu innych. Poszedł zresztą na wojnę z wielkim zapałem. Czaszka rozłupana nad Marną. Ślepy i konający przez tydzień: nazwisko wypisane na pomniku ku czci poległych wzniesionym przez gminę.
– Zresztą to i lepiej – mówi matka. – Wróciłby ślepy albo obłąkany. I wtedy, biedak...
– To prawda.
Cóż więc zatrzymuje go w tym pokoju, jeśli nie pewność, że tak właśnie trzeba, jeśli nie poczucie, że cała absurdalna prostota świata schroniła się tutaj?
Śmierć w duszy (La mort dans l'âme)
[w:] Orzeł i reszka, (L’envers et l’endroit)
Bo nie mówiłem jeszcze o słońcu. Podobnie jak trzeba mi było wiele czasu, abym zrozumiał moją miłość do świata biedy, w którym upłynęło moje dzieciństwo, tak teraz dopiero mogłem pojąć nauki słońca i ziemi, skąd się wywodzę. Blisko południa szedłem ku znanemu mi miejscu, górującego nad ogromną równiną Vicenzy. Słońce było niemal w zenicie, niebo mocno błękitne i nasycone powietrzem. Światło spadało na stoki wzgórz, kładło cały swój żar na cyprysach i oliwkach, na białych domach o czerwonych dachach, potem ginęło w dymiącej słońcem równinie. I za każdym razem to samo poczucie ogołocenia.
Ta ziemia nie przyrzekła mi nieśmiertelności. Cóż mi po życiu duszy, jeśli nie będę miał oczu by widzieć Vicenzę, ani rąk, by dotykać winogron z Vicenzy, ani skóry by czuć dotknięcie nocy w drodze z Monte Berico do Villa Valmarana?
Tak, wszystko to było prawdą, ale razem ze słońcem docierało do mnie coś, czego nie potrafię dobrze wyrazić. U skraju tej ostatecznej świadomości wszystko się łączyło i życie się zdawało jedną całością, którą albo trzeba przyjąć, albo odrzucić.
Na przedmieściach Algieru jest mały cmentarz zamknięty żelazną bramą. Jeśli iść tym cmentarzem do końca, ukaże się dolina i zatoka w głębi. Można zatracić się w tym widoku, który ofiarowuje morze. Ale za powrotem trafia się na tabliczkę na opuszczonym grobie; „Wieczny żal”, głosi napis. Na szczęście są idealiści, którzy załatwią wszystko.
Wiarołomna żona (La femme adultère)
[w:] Wygnanie i królestwo, (L'Exil et le royaume), Warszawa, 1992, tłum. Joanna Guze
Obudziła się trochę później. Wokół była zupełna cisza. Ale na krańcach miasta ochrypłe psy wyły w niemej nocy. Janine zadrżała. Odwróciła się znowu, poczuła przy swoim ramieniu twarde ramię męża i nagle, na wpół jeszcze śpiąc, przytuliła się do niego. Odpływała od brzegu na powierzchni snu, trzymając się tego ramienia nieświadomie, zachłannie, jakby to był najpewniejszy port. Mówiła, ale żaden dźwięk nie wychodził z jej ust. Mówiła, ale ledwie słyszała się sama. Czuła tylko ciepło Marcela. Od dwudziestu z górą lat co noc w jego cieple, zawsze ich dwoje, nawet gdy byli chorzy, nawet w podróży, jak teraz... Co zrobiła by zresztą sama w domu? Nie miała dziecka! Czy jej tego nie brakowało? Nie wiedziała. Szła za Marcelem, ot i wszystko, rada, że ktoś jej potrzebuje. Nie dawał jej innej radości prócz tej, że czuła się potrzebna. Na pewno jej nie kochał. Miłość, nawet pełna nienawiści, nie ma tej kwaśnej twarzy. Ale jaka jest twarz miłości? Kochali się w nocy, nie widząc siebie, po omacku. Czy jest inna miłość prócz miłości w ciemnościach, czy jest miłość krzycząca w świetle dnia? Nie wiedziała, ale wiedziała, że jest Marcelowi potrzebna i że ta potrzeba jest jej potrzebna, że żyje nią dniem i nocą, nocą zwłaszcza, noc w noc, kiedy nie chciał być sam ani starzeć się, ani umrzeć, z tym swoim wyrazem uporu, jaki dostrzegała czasem na twarzach innych mężczyzn, jedynym wspólnym wyrazem tych obłąkańców, którzy maskują się przybierając rozsądne miny aż do chwili, kiedy ogarnia ich szaleństwo i rzucają się rozpaczliwie ku ciału kobiety, bez pragnienia, szukając w nim ucieczki przed tym, co straszne w samotności i nocy. [s. 21]
Marcel poruszył się lekko, jakby chciał odsunąć się od niej. Nie, nie kochał jej, po prostu bał się tego, co nie było nią; ona i on od dawna powinni byli się rozłączyć i spać samotnie aż do końca. Ale któż potrafi spać zawsze sam? Są ludzie, którzy śpią sami, powołanie lub nieszczęście odcięło ich od innych, i ci śpią co dzień w jednym łóżku ze śmiercią. [s. 22]
Niemi (Les muets)
[w:] Wygnanie i królestwo, (L'Exil et le royaume), Warszawa, 1992, tłum. Joanna Guze
Gdy wstawali i składali papiery i naczynia do toreb, Ballester stanął pośrodku i powiedział nagle, że jest to ciężki cios dla wszystkich, i dla niego także, ale nie powód, żeby zachowywali się jak dzieci; dąsy nie rowadzą do niczego. Esposito z garnkiem w ręce odwrócił się w jego stronę, jego pospolita i długa twarz poczerwieniała nagle. Yvars wiedział, co Esposito powie i co wszyscy myśleli tak samo jak on, że się nie dąsają, że zamknięto im usta, że mieli do wyboru wóz albo przewóz, a gniew i bezsilność są czasem tak dominujące, że nie można nawet krzyczeć. Są mężczyznami, ot i wszystko, i nie zaczną się uśmiechać i stroić min. [s. 56]
Gość (L'hôte)
[w:] Wygnanie i królestwo, (L'Exil et le royaume), Warszawa, 1992, tłum. Joanna Guze
W obliczu tej nędzy on, który żył jak mnich niemal w swej zapadłej szkole, zadowolony zresztą z surowego życia, jakie wiódł, i z tego, co posiadał, czuł się wielkim panem , mając tynkowane ściany, wąską kanapę, półki z białego drewna, studnię i co tydzień zaopatrzenie w wodę i żywność. I nagle ten śnieg, niespodziewanie, bez ulgi deszczu. Taki był ten kraj, gdzie życie było okrutne nawet bez ludzi, którzy zresztą nie zmieniali niczego. [s. 63]
Pierwszy człowiek (notatki i plany) (Le Premier Homme (notes et plan))
[w:] Pierwszy człowiek, (Le Premier Homme), Warszawa, 1995, tłum. Joanna Guze

Mobilizacja. Mój ojciec nigdy nie widział Francji, zanim go powołano. Zobaczył ją i został zabity. (To, co biedna rodzina, jak moja, dała Francji.) [s. 190]
„Tacy dzielni, dumni i piękni, jak my… gdybyśmy mieli wiarę w Boga, nic nie mogłoby nami zachwiać. Ale nie mamy nic, wszystkiego musieliśmy nauczyć się sami i żyć tylko dla honoru, który ma swoje słabości…” [s. 192]
Mając 40 lat stwierdza, że trzeba mu kogoś, kto wskaże drogę, pochwali go albo zgani: ojca. Autorytetu, nie władzy. [s. 197]
Mama. Prawda jest taka, że przy całej mojej miłości nie mogłem żyć z tą cierpliwością ślepą, bez słów, bez projektów. Nie mogłem żyć jej nieświadomym życiem. I przebiegłem świat, budowałem, tworzyłem, spalałem istnienia. Moje dni były wypełnione po brzegi — ale nic nie wypełniło mi serca, jak… [s. 208]
Była w tym człowieku tajemnica, tajemnica, którą chciał wyjaśnić. Ale w gruncie rzeczy jest tylko tajemnica biedy, która ludziom odbiera imię i przeszłość. [s. 210]
Jego stosunek do pieniędzy. Z jednej strony wynika z biedy (nie kupował sobie niczego). Z drugiej, z dumy: nie targował sie nigdy. [s. 219]
Miłość: pragnął, żeby wszystkie były dziewicze, bez przeszłości i mężczyzn. Jedynej napotkanej istocie, która taka była, oddał swoje życie, ale nigdy nie był jej wierny. Chciał więc, żeby kobiety były takie, jakim on sam nie był. A to, jakim był, przeznaczał dla kobiet sobie podobnych, które kochał i brał z wściekłością i furią. [s. 216]
Wyznanie matce — zakończenie.
„Nie zrozumiesz mnie, a przecież ty tylko możesz mi przebaczyć. Wielu ludzi chętnie to zrobi. Wielu też krzyczy na wszelkie sposoby, że jestem winien, a nie jestem, kiedy oni to mówią. Jeszcze inni mają prawo tak mówić i wiem, że mają rację i że powinienem uzyskać ich przebaczenie. Ale prosi się o przebaczenie tych, o których wiadomo, że mogą nam przebaczyć. Po prostu przebaczyć, nie zaś żądać, byście zasłużyli na przebaczenie, czekając. Mówić, powiedzieć im wszystko i otrzymać ich przebaczenie. Ci i te, których mógłbym o nie prosić, mimo całej dobrej woli nie mogą ani nie umieją przebaczać, wiem o tym. Jeden tylko człowiek mógłby mi przebaczyć, ale nigdy nie zawiniłem wobec niego i oddałem mu całe moje serce, a jednak nie mogę zwrócić się do niego, jak to nieraz robiłem w milczeniu, ponieważ on nie żyje, a ja jestem sam. Ty jedna możesz to zrobić, ale ty mnie nie rozumiesz i nie możesz mnie czytać. Toteż mówię do ciebie, pisze do ciebie, dla ciebie jedynej, a kiedy to będzie skończone, poproszę o przebaczenie bez żadnych wyjaśnień, a ty uśmiechniesz się do mnie…” [s. 219]
blog comments powered by Disqus