Charles Bukowski - o wszystkim i o niczym
Mać Pariadka Nr 71 (12-1998)
...o Szekspirze:
Jest przeceniany i nie daje się czytać. Ale ludzie nie chcą tego słyszeć. Widzisz, nie można porywać się na świątynie. Szekspir zapuszczał korzenie przez wieki. Możesz powiedzieć "taki-a-taki jest dennym aktorem", ale nie możesz powiedzieć, że Szekspir to gówno. Jeśli coś jest długo w obiegu, snoby zaczynają się do tego przysysać. Jak pijawki. Kiedy snoby uznają, że coś jest bezpieczne... przysysają się. Gdy powiesz im prawdę, zaczynają szaleć. Nie mogą tego znieść. To zamach na ich własny proces myślowy. Brzydzę się nimi.
...o poezji:
Zawsze pamiętam, kiedy na dziedzińcu w gimnazjum wyskoczyło słowo "poeta" lub "poezja", wszyscy ci mali goście śmiali się i robili z niego jaja. Teraz widzę dlaczego. Bo to fałszywy produkt. Był fałszywy, snobistyczny i wsobny przez wieki. Jest wydelikacony. Przeceniony. Jest stekiem bzdur. Poezja na przestrzeni wieków to prawie totalna bzdura. Kant. Fałszywka. Było kilku dobrych poetów, nie zrozumcie mnie źle. Jest taki chiński poeta zwany Li Po. Potrafił włożyć więcej uczucia, realizmu i pasji w cztery, pięć prostych linijek, niż większość poetów w dwanaście czy czternaście stron swojego gówna. I pił wino. Zwykł palić swoje wiersze i żeglować w dół rzeki pijąc wino. Cesarze go kochali, bo byli w stanie zrozumieć o czym mówił. No ale, oczywiście, palił tylko złe wiersze. (śmiech) Co próbowałem zrobić, jeśli wybaczycie to pokazać tę stronę życia, którą widzi fabryczny robotnik... Wrzeszczącą żonę, gdy wraca z pracy do domu. Podstawowe fakty egzystencji zwykłego człowieka... Coś, o czym rzadko wspominało się w poezji przez stulecia. Napiszcie po prostu, że powiedziałem, że poezja wieków to gówno. Jest żałosna.
...o ciężkich czasach:
Była zima. Umierałem z głodu próbując być pisarzem w Nowym Jorku. Nic nie jadłem od trzech czy czterech dni. Więc w końcu stwierdziłem: "Kupię sobie wielką torbę prażonej kukurydzy". I Boże, tak długo nie miałem jedzenia w ustach, była tak pyszna. Każde ziarno, wyobrażasz sobie, każde było jak stek. Żułem, a one po prostu wpadały do mojego biednego żołądka. A mój żołądek mówił: "DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ!". Byłem wniebowzięty idąc tak sobie, kiedy właśnie mijało mnie dwóch facetów i jeden powiedział do drugiego: "Jezu Chryste!" A drugi na to: "Co to było?" "Widziałeś tego faceta jedzącego kukurydzę? Boże co za ohyda!" No i resztą kukurydzy już nie byłem w stanie się cieszyć. Pomyślałem sobie - co to miało znaczyć "co za ohyda"? Ja tu jestem w siódmym niebie. Pewnie byłem trochę brudny. Oni zawsze wyłapią zjebanego gościa.
...o pisaniu:
Napisałem raz opowiadanie z punktu widzenia gwałciciela, który zgwałcił małą dziewczynkę. Więc zaczeli mnie oskarżać. Robili ze mną wywiad. "Lubisz gwałcić małe dziewczynki?" - zapytali. Powiedziałem: "Jasne, że nie. Fotografuję życie". Dużo moich bzdetów wpakowało mnie w kłopoty. Z drugiej strony, kłopoty pomagają sprzedawać książki. Ale dolna linia, kiedy piszę - to zostaje dla mnie. (Bukowski zaciąga się mocno papierosem.) Właśniw tak. "Mach" jest dla mnie, popiół dla popielniczki... I to jest publikacja. Nigdy nie piszę w dzień. To jak biegać bez ubrania po centrum handlowym. Każdy może cię zobaczyć. W nocy... Wtedy zaczynają się sztuczki... magia.
...o poczuciu humoru:
Niewiele go jest. Chyba ostatnim dobrym humorystą był facet zwany James Thurber. Ale jego humor był tak wielki, że musieli go przeoczyć. Ten gość był właśnie kimś, kogo nazywa się psychologiem/psychiatrą wszechczasów. On miał to coś, no wiesz, ten dar postrzegania. Był uzdrowicielem. Jego humor był taki prawdziwy. Musiałeś niemal wywrzeszczeć swój śmiech w szalonej uldze. Poza Thurberem nikt mi nie przychodzi do głowy... Mam trochę poczucia humoru... ale nie tak jak on. Tego co mam, nie nazywam nawet poczuciem humoru. Nazwałbym to... "zmysłem komizmu". Jestem niemal uzależniony od zmysłu komizmu. Wszystko jedno, co się dzieje... jest to zabawne. Prawie wszystko jest zabawne. Wyobraź sobie, codziennie sramy. Zabawne. Nie uważasz? Musimy ciągle się odlewać, wkładać jedzenie do ust, woskowina pojawia się w uszach, włosy się przetłuszczają. Musimy się drapać. Naprawdę paskudne i durne, nieprawdaż? Cycki są bezużyteczne, chyba że... No wiesz. Jesteśmy potworami. Gdybyśmy byli w stanie naprawdę to zobaczyć, moglibyśmy się pokochać... zdać sobie sprawę, jacy jesteśmy niedorzeczni z naszymi poplątanymi jelitami, gównem przepływającym przez nas powoli podczas gdy patrzymy sobie w oczy, mówiąc "kocham cię" żarcie się rozkłada i zamienia w gówno, a my nigdy nie pierdzimy w pobliżu siebie. To wszystko zakrawa na komedię.
...o kobietach i seksie:
Nazywam je maszynkami do narzekania. Dla nich z facetem nic nigdy nie jest w porządku. Człowieku, kiedy jeszcze dorzucisz do tego tę histerię... zapomnij. Muszę wtedy wyjść, wsiąść w samochód i jechać. Dokądkolwiek. Wpaść gdzieś na filiżankę kawy. Gdziekolwiek. Cokolwiek, byle nie jeszcze jedna kobieta. Chyba są po prostu inaczej zbudowane, co? Zaczyna się histeria - pełny odlot. Chcesz wyjść, nie rozumieją. (Skrzekliwym kobiecym piskiem) "GDZIE IDZIESZ?" "Wynoszę się stąd w cholerę, mała!" Myślą, że nienawidzę kobiet, ale to nieprawda. Wiele z tego to zwykłe gadanie. Usłyszą gdzieś "Bukowski to męska szowinistyczna świnia", ale nie sprawdzą źródła. Jasne, czasami stawiam kobiety w złym świetle, ale mężczyzn również stawiam w złym świetle. Siebie stawiam w złym świetle. Jeśli coś jest złe, mówię, że jest złe - mężczyzna, kobieta, dziecko, pies. Kobiety są takie drażliwe, myślą, że się ich czepiam. To już ich problem. Kiedy byłem młodszy, skakałem z łóżka do łóżka. Nie wiem, to był jakiś trans, seks-trans. Nic tylko pieprzyłem i pieprzyłem... (śmiech) ...Naprawdę! (śmiech) A kobiety, wyobrażasz sobie, wystarczyło powiedzieć parę słów i po prostu chwycić za rękę - "Chodź, mała" - poprowadzić. A one szły, człowieku. Jak się raz załapie ten rytm, potem jest już z górki. Na świecie jest cała masa samotnych kobiet. Dobrze wyglądają, po prostu się nie wiążą. Siedzą tam całkiem same, chodzą do pracy, wracają do domu... Dla nich to wielka rzecz, jeśli jakiś facet je poderwie. A jeśli przesiaduje pod ręką, pije i rozmawia - jest rozrywka. Było w porządku... i miałem szczęście. Nowoczesne kobiety nie będą łatać ci kieszeni... Zapomnij.
...o kotach:
Fajnie mieć gromadę kotów. Jeśli czujesz się źle, po prostu patrzysz na koty i czujesz się lepiej, bo one wiedzą, że wszystko jest jak jest. Nie ma się czym podniecać. Po prostu wiedzą. Są zbawicielami. Im więcej masz kotów, tym dłużej żyjesz. Jeżeli masz sto kotów, będziesz żył dziesięć razy dłużej niż gdybyś miał dziesięć. Któregoś dnia zostanie to odkryte, a wtedy ludzie będą mieli po tysiąc kotów i będą żyli wiecznie. To naprawdę niedorzeczne.
...o odpoczynku:
To bardzo ważne - robić sobie wolne. Tempo to istota rzeczy. Jeśli zbyt długo nie będziesz przystawać, nie robiąc kompletnie nic, stracisz wszystko. Czy jesteś aktorem, kimkolwiek, gospodynią domową... pomiędzy wzlotami muszą być długie przerwy, kiedy nie robisz zupełnie nic. Po prostu leżysz na łóżku i gapisz się w sufit. To bardzo, bardzo ważne... po prostu nic nie robić, bardzo, bardzo ważne. A ilu ludzi we współczesnym społeczeństwie to robi? Bardzo niewielu. To dlatego są stuknęci, sfrustrowani, wściekli i przepełnieni nienawiścią. Kiedyś, kiedy jeszcze nie byłem żonaty, lub kiedy jeszcze nie znałem wielu kobiet, spuszczałem po prostu rolety i szedłem do łóżka na trzy lub cztery dni. Wstawałem żeby się wysrać. Zjadałem puszkę fasoli, wracałem do łóżka, zostawałem tam przez trzy, cztery dni. Potem zakładałem ubranie i wychodziłem na zewnątrz i światło było olśniewające, a dźwięki wspaniałe. Czułem się pełen energii, jak doładowany akumulator. A wiesz jaka pierwsza rzecz ściągała mnie na ziemię? Pierwsza ludzka twarz ujrzana na chodniku. Z miejsca traciłem połowę energii. Ta monstrualna, pusta, głupia, tępa gęba, naszprycowana kapitalizmem - jak koń w kieracie. I mówiłeś: "Oooch, no i połowa z głowy", ale, mimo to, i tak było warto. Zostawała jeszcze połowa. Więc tak, odpoczynek. I nie chodzi mi o żadne głębokie myśli. Chodzi o brak myśli o postępie, brak jakichkolwiek myśli o rozwijaniu się. Tak... jak ślimak. To wspaniałe.
...o pisarstwie Celine'a:
Kiedy pierwszy raz czytałem Celine'a poszedłem do łóżka z wielką paczką krakersów Ritz. Zacząłem czytać i jeść te krakersy, śmiać się i jeść krakersy. Przeczytałem powieść od dechy do dechy bez przystanków. A pudełko Ritzów było puste. Trzeba mnie było widzieć. Nie mogłem się ruszać. Oto co zrobi z tobą dobry pisarz. Niemal cię, kurde, zabije... zły zresztą też.
...o psychiatrii:
Myślę, że problem z psychiatrami i pacjentami polega na tym, że psychiatra działa według książki, a pacjent przychodzi z powodu tego, co życie jemu lub jej zrobiło. I mimo że w książce może znaleźć się kilka trafnych spostrzeżeń, kartki w niej są zawsze takie same, a każdy pacjent jest trochę inny. Indywidualnych problemów jest znacznie więcej niż kartek. Chwytasz? Zbyt wielu jest szaleńców, żeby załatwić sprawę słowami "x dolarów za godzinę, kiedy zadzwoni dzwonek - koniec wizyty". Samo to wystarczy, żeby doprowadzić podatną osobę do obłędu. Ledwo co zaczął się taki otwierać i czuć lepiej, a konował mówi: "Siostro, proszę umówić pacjenta na następną wizytę". A przy okazji traci z oczu cenę, która też jest nienormalna. Wszystko to jest tak śmierdząco przyziemne. Facet chce cię wydupczyć. Nie zależy mu żeby cię wyleczyć. Chce swoich pieniędzy. Kiedy zadzwoni dzwonek, proszę wprowadzić następnego "świra". Teraz każdy wrażliwy "świr" zda sobie sprawę, że kiedy dzwoni dzwonek, ktoś robi go w knota. Przy leczeniu szaleństwa nie ma limitu czasu, rachunków też nie da się za to wystawić. Większości psychiatrów których widziałem też niewiele brakuje!
...o pięknie:
Nie ma niczego takiego jak piękno, szczególnie w ludzkiej twarzy... tym, co nazywamy fizjonomią.
To tylko matematyczny i abstrakcyjny układ cech. Np., jeśli nos za bardzo nie wystaje, boki są kształtne,
jeśli małżowiny uszne nie są zbyt duże, jeśli włosy są długie... to taka ułuda generalizacji. Ludzie
uważają niektóre twarze za piękne, chociaż tak naprawdę, w ostatecznym rachunku, wcale piękne nie są.
Matematycznie równają się zeru. "Prawdziwe piękno pochodzi, oczywiście, z charakteru. Nie z kształtu brwi.
Tak wiele kobiet, o których powiedziano mi, że są piękne... cholera, jakbym patrzył w talerz zupy.
Nie ma niczego takiego jak brzydota. Jest coś zwanego deformacją, ale zewnętrzna
"brzydota" nie istnieje... Rzekłem.
...o dobru i złu:
Możliwe, że piekła nie ma, tylko ci, którzy tak sądzą, je tworzą. Myślę, że ludzie są przeczuleni. Są przeczuleni wszystkiego. Musisz sam dowiedzieć się, z tego co ci się przydarzy, jak zareagujesz. Będę tu musiał użyć dziwnego terminu... "dobro". Nie wiem, skąd się bierze, ale czuję, że każdy z nas nosi w sobie pokłady dobroci. Nie wierzę w Boga, ale wierzę w tą "dobroć", biegnącą przez nasze ciała jak tunel. Można ją odżywiać. To zawsze niesamowite, kiedy na zapchanej samochodami autostradzie obcy człowiek robi ci miejsce, żebyś mógł zmienić pasy... to daje nadzieję.
...o wierze:
Wiara jest dobra dla tych, co ją mają. Mnie nią nie obciążajcie. Mam więcej wiary w mojego hydraulika niż w wieczną istotę. Hydraulicy wykonują kawał dobrej roboty. Podtrzymują przepływ gówna.
...o swoim ojcu:
Wredny sukinsyn o śmierdzącym oddechu. Taaa, sporo o nim pisałem przez wszystkie te lata, bo sądzę, że od tego wszystkiego się zaczęło - od kiedy z obrzydzeniem uświadomiłem sobie, że potrzeba czegoś niezwykłego, jak picie, pisanie czy muzyka klasyczna, żeby stanąć ponad takimi ludźmi. To dlatego tak szybko polubiłem Dostojewskiego. Pamiętacie, co mówi w "Braciach Karamazow" - "Kto nie chce zabić swojego ojca?" No kto? Spuszczał mi straszliwe manta, które skończyły się dopiero w dniu kiedy oddałem. W wieku szesnastu lat rozłożyłem go jednym ciosem. Nigdy więcej mnie nie dotknął. Lecz obrzydzenie, jakie zostawił mi na całe życie, nigdy mnie nie opuściło. Ale obrzydzenie jest lepsze od złości. Kiedy jesteś zły, chcesz tylko się odgryźć. Kiedy czujesz obrzydzenie, chcesz tylko uciec. Poza tym, z obrzydzeniem możesz się śmiać. Do dziś się śmieję, kiedy przypomnę sobie, jak mówił mi, że skończę jako lump. Hej, miał rację, ale nigdy nie przypuszczał, że wyjdę na takiego szykownego lumpa...
...o Hollywood i "Ćmie barowej":
Kiedy spotkałem ich po raz pierwszy, nie spodobały mi się wszystkie te złote łańcuchy, które Hopper nosił na szyi. Ale Sean był w porządku. Wiedziałem, że ma dość szaleństwa żeby to zrobić, o wiele bardziej niż Mickey Rourke, który i tak nawet nie tyka kielicha. Polubiłem Seana, zwłaszcza wtedy kiedy przyszedł z Madonną. Ona zaczyna o Swinburnie. Ja rzucam kilka swoich zwykłych żartów o tym, jak to Madonna próbuje być na fali. Sean się wścieka. Wstaje, ale ja mówię spokojnie: "siadaj Sean, wiesz, mały, że dam ci radę". Kiedy siada, myślę sobie: "Lubię gościa". Ale Barbet walczył twardo żeby zdobyć pieniądze na ten film. Kiedy hollywoodzkie studia chciały go wydupczyć, przyniósł piłę łańcuchową. Potem wchodzi do studia filmowego, prosto do biura szefa, i opala piłę. I mówi do tych tłustych sukinkotów: "Dobra, a teraz będę sobie obcinał jeden palec za każde dziesięć minut, których nie dacie mi na mój film o Bukowskim". Chyba załapali, że nie żartuje, bo dostał te pieniądze!
...o ludziach:
Nie patrzę zbyt dużo na ludzi. To wytrąca z równowagi. Mówi się, że jeśli za dużo na kogoś patrzysz, zaczynasz wyglądać jak on. Biedna Linda. Bez ludzi, przeważnie mogę się obejść. Nie napełniają mnie, opróżniają mnie. Nie ma człowieka, którego bym szanował. W ten sposób mam problem... kłamię, ale wierzcie mi, to prawda. Gość z obsługi toru jest OK. Czasami opuszczam tor, a on mówi: "I co? Jak leci, stary?" "Kurna, teraz mogę lać gdzie popadnie... wywieś białą flagę, kolego. Mam już dość." - mówię. A on na to: "O nie! Słuchaj, stary. Powiem ci coś. Chodźmy gdzieś dziś wieczorem, uwalmy się. Skopiemy parę tyłków, wyliżemy jakąś cipkę". Ja mu mówię: "Frank, pozwól, że wezmę to pod uwagę". A on: "wiesz, że im gorzej się robi, tym ja robię się mądrzejszy". Ja na to: "no to musisz być cholernie mądrym facetem, Frank". A on mówi: "wiesz co, to dobrze, że nie spotkaliśmy się kiedy byliśmy młodsi". A ja: "taaa, wiem, co chcesz powiedzieć, Frank. Obaj wylądowalibyśmy w San Quentin". "Dokładnie" - odpowiada.
...o samotności:
Nigdy nie byłem samotny. Siedziałem w pokoju - myślałem o samobójstwie. Byłem w dołku. Czułem się fatalnie - gorzej niż kiedykolwiek - ale nigdy nie czułem, że inna osoba mogłaby wejść i wyleczyć to, co mnie gryzie. Albo że ileś tam osób mogło by to zrobić. Innymi słowy, samotność nigdy nie była moim zmartwieniem, bo zawsze tak bardzo pragnąłem odosobnienia. Za to na przyjęciu albo na stadionie pełnym wiwatujących ludzi, tam mógłbym czuć się samotny. Zacytuję Ibsena: "Najsilniejsi są najbardziej samotni". Nigdy nie pomyślałem: "Cóż, wejdzie tu jakaś piękna blondynka, da mi dupy, potrze jaja i poczuję się dobrze". Nie, to nie pomoże. Znasz typowe reakcje tłumu: "Hej, jest piątkowy wieczór, co chcesz robić? Siedzieć tak tutaj?" No cóż, tak. Bo tam na zewnątrz nic nie ma. To głupota. Głupole spotykają się z głupolami. Niech się ogłupiają sami. Mnie nigdy nie gnębiła potrzeba pognania w noc. Chowałem się w barach, bo nie chciałem chować się w fabrykach. To wszystko. Żal mi milionów, ale nigdy nie czułem się samotny. Lubię siebie. Jestem najlepszą rozrywką jaką mam. Napijmy się jeszcze wina!
...o śmierci:
Umieramy, ale śmierć nas nie dostała. Nie pokazała żadnych listów uwierzytelniających - to my pokazaliśmy wszystkie. Rodząc się, czy dostajemy życie? Raczej nie, ale z pewnością grzęźniemy ze skurwielstwem na dobre. Nie cierpię tego. Nie cierpię śmierci. Nie cierpię życia. Nie cierpię uwięzienia między jednym a drugim. Wiesz ile razy próbowałem samobójstwa? (Żona Bukowskiego, Linda, pyta: "Próbowałeś?") Daj mi trochę czasu. Mam dopiero 66 lat. Wciąż nad tym pracuję. Kiedy ma się kompleks samobójcy, nic cię nie martwi... z wyjątkiem przegranej na wyścigach. To jakoś martwi. Dlaczego? ...bo na torze używasz umysłu, nie serca. Nigdy nie jeździłem konno. Interesuje mnie nie tyle koń, co proces przewidywania trafnego i błędnego... wybiórczo. Bardziej boję się życia niż śmierci. Życie jest większym ciężarem. Śmierci nawet oczekuję. Nie jest dla mnie wielką groźbą. Myślę, że jeśli żyłeś "mocno" i zrobiłeś większość rzeczy, które chciałeś zrobić, śmierć nie jest taka straszna, bo zrobiłeś z siebie dobry użytek. Użyłeś swoich dni, użyłeś swoich lat tak, jak chciałeś, więc śmierć nie przychodzi jako coś strasznego, bo nie przepuściłeś swojego szasu. Dla mnie śmierć nie jest taka zła.
...o swoich wielbicielach:
Najlepiej ich nie słuchać, zwłaszcza w Europie, gdzie jestem jak Mick Jagger. Idę sobie ulicą i wszędzie pełno tych ludzi wrzeszczących "Bukowski, Bukowski". Nudne to, ale kiedy byłem ostatnio w Paryżu przeżyłem jedną z lepszych chwil w życiu. Siedziałem w kawiarni, kiedy podszedł do mnie jeden z kelnerów z ultra-eleganckiej restauracji po przeciwnej stronie ulicy i powiedział: "Przepraszam bardzo, czy pan jest tym wielkim pisarzem, Bukowskim?" "Jasne" - odpowiedziałem. A on strzela palcami i znikąd pojawia się pięciu facetów. Są ubrani w wymyślne kelnerskie stroje i stają przede mną w rzędzie, a potem, poważni jak nie wiem, kłaniają się. Później robią w tył zwrot - wszelkie słowa zbędne. Piękne! Myślę o tej chwili, kiedy przeklinam się za Sarte'a. Wiesz co, on naprawdę chciał się ze mną spotkać, ale stwierdziłem "ani mi się śni, kochany!" Guzik mnie obchodził Sarte, musiałem się zaopiekować swoją butelką. Ale ostatnio czytałem kilka jego lepszych kawałków i są cholernie dobre. Sarte ujął sprawę w kilku treściwych słowach - "Piekło to inni" - w dziesiątkę, złotko! Żałuję, że mu odmówiłem, ale potem myślę sobie "a w cholerę, i tak pewnie zanudzilibyśmy się nawzajem" i zamiast tego przypominam sobie moich paryskich kelnerów...
...o bólu fizycznym:
Kiedy byłem dzieckiem, ciągle mnie kuli. Miałem wielkie czyraki. Na ból fizyczny można się uodpornić. Kiedy byłem w Szpitalu Ogólnym na odsysaniu, wszedł jakiś facet i powiedział: "Jeszcze nie widziałem, żeby ktoś znosił kłucie z takim spokojem". To nie odwaga - jeśli otrzymasz odpowiednią dawkę bólu, ustępujesz - to proces, przystosowanie. Do bólu psychicznego nie da się przystosować. Trzymajcie mnie od niego z daleka.
...o starzeniu się:
Pisanie to nie taka zła sprawa dla starego człowieka, jak sądzę, i tak, może teraz boję się
utracić duszę. Kiedy po raz pierwszy napisałem wiersz na komputerze, bałem się, że zadławią mnie te
pokłady konsumpcyjnego cierpienia. Czy stary Dostojewski użyłby kiedykolwiek jednego z tych cacek?
Zastanawiałem się, a potem stwierdziłem - "W cholerę, jasne!"
W środku czuję się taki sam - tylko silniejszy, kiedy w miarę upływu lat piszę coraz lepiej.
Próbuję teraz czegoś nowego. Nazywa się "Pulp" i jest to bez wątpienia najbardziej świńska i dziwna
rzecz jaką dotąd napisałem. Opowiada o prywatnym dedektywie, Nicku Ballaine (!) - i, dla odmiany,
nie jest on mną. Wydawcy się martwią, jak to przejdzie. Chyba publika zaczyna mnie za bardzo lubić,
więc mam zamiar sprawdzić ich z "Pulp". Albo mnie ukrzyżują, albo wszyscy zaczną pisać tak jak ja.
To by było warte szklaneczki! Ale, w cholerę, po prostu będę ciągnął. Każdego dnia budzę się około
południa, jemy z Lindą jakieś śniadanie, później jadę na tor i obstawiam konie, unikając ludzi
mówiących "Hej, Bukowski, prawdziwa ćma barowa!". Potem wracam i pływam trochę i jemy kolację i idę
na górę i siadam przy komputerze i otwieram flaszkę i słucham Mahlera albo Sibeliusa i piszę, z tym
rytmem, jak zawsze. Więc teraz, kiedy otwieramy następną butelkę, powiedz złotko, jak mi idzie?
...o sławie:
Rozprasza. To kurwa, dziwka, pożeracz czasu. Mnie się udało, bo jestem sławny w Europie, a tutaj nieznany. Jestem jednym z największych szczęściarzy w okolicy. Fartowny ze mnie gość. Kiedy ludzie stają się sławni, robią się z nich fiuty. Stają się nieludzcy i tracą swoje człowieczeństwo, a często, będąc sławnymi, tracą przy okazji i talent: swoją siłę napędową, swoją oryginalność. Tracą wszystko, poza pieniędzmi i swoją sławą. Sława jest naprawdę koszmarna. Jest miarką na skali wspólnego mianownika, umysłów pracujących na obniżonych obrotach. Jest bezwartościowa. Dobrana widownia jest dużo lepsza.
...o cynizmie:
Zawsze mnie oskarżano, że jestem cynikiem. Myślę, że cynizm to takie "kwaśne winogrona". Myślę, że to słabość. To mówienie "wszystko jest źle! WSZYSTKO JEST ŹLE!" Cynizm typu "To nie w porządku" to słabość, która nie pozwala przystosować się do tego, co się w danej chwili dzieje. Tak, cynizm jest zdecydowanie słabością. Tak samo jak optymizm. "Słońce świeci, ptaszki śpiewają - więc uśmiechnij się." Taka sama bzdura. Prawda leży gdzieś pośrodku. Co jest, to jest. A jak nie jesteś w stanie sobie z tym poradzić... to fatalnie.
...o alkoholu:
Alkohol jest prawdopodobnie jedną z najlepszych rzeczy, jakie pojawiły się na ziemi - oprócz mnie, tak... to dwa z największych objawień na powierzchni ziemi. Więc... pasujemy do siebie. Na większość ludzi działa skrajnie niszcząco. Ja jestem tu wyjątkiem. Większość mojej twórczości powstaje pod wpływem. Tak samo z kobietami, no wiesz, kochając się zawsze byłem małomówny, więc alkohol pozwolił mi w seksie na więcej swobody. Rozluźnia mnie, bo w gruncie rzeczy jestem nieśmiałą, zamkniętą w sobie osobą, a alkohol pozwala mi być tym bohaterem, kroczącym przez przestrzeń i czas, robiącym wszystkie te rzeczy... więc go lubię... taaak.

blog comments powered by Disqus